piosenkickod

blog o piosenkach Cool Kids of Death – rekapitulacja przed nową płytą

Chrystus (ponownie)

Intro/Chrystus

The Perry Bible Fellowship - www.pbfcomics.com

Wydaje mi się, że emocje już wystarczająco opadły i że można teraz na spokojnie pisać o tej płycie. Czy aby na pewno? Powróćmy na chwilę do kwestii podstawowych. CKOD nagrali nową płytę. Fakt ten sam w sobie jest czymś co powinno cieszyć, bo zespół przecież już przy poprzedniej płycie miał taki plan, żeby zawiesić działalność jako CKOD i założyć nowy zespół o nazwie Afterparty i właśnie pod taką nazwą wydać album (co nie jest równoznaczne ze zdaniem “i wydać album o takiej nazwie”). Jeśli mówiąc o pozytywach albumu jako jeden z nich wymieniam “noo, nagrali nowy materiał, co nie?”, to nie wróży to niczego dobrego. Z drugiej strony, co zresztą doskonale wiecie jeśli śledziliście tego bloga, daleki jestem od stawiania na nich krzyżyka. Na czym polega problem płyty? Ciężko jest czepić się czegoś konkretnego, ale jednak album pozostawia niedosyt. Sytuacja jest bardzo zabawna, bo właściwie każdy z kawałków puszczanych przedpremierowo w Trójce z osobna mi się podobał, czasami bardziej, czasami trochę mniej, ale były to solidne rzecz i płyta zapowiadała się bardzo dobrze. W dniu premiery, gdy wreszcie miałem okazję wysłuchać całości, okazało się że pozostałe utwory również trzymają wysoki poziom. A jednak płyta jako całość rozczarowuje, gdyż gdzieś podświadomie ciągle liczyłem na coś lepszego. Miejscami o ten transcendentalny absolut zahaczają “Pas”, mój ulubiony kawałek na płycie, i chyba od biedy “Karaibski”. Problem w tym, że CKOD na tym albumie stosują często zupełnie niekulkidsowe patenty i zamiast w kreatywny sposób nawiązywać do własnej, wypracowanej stylistyki, korzystają za bardzo z cudzych chwytów. “Karaibski” ma gitary żywcem wyjęte z “Górnego Tarasu” Much, “Matka Noc” czy “Złe Rzeczy” natomiast mocno dryfują w stronę klimatów Myslovitz/Lenny Valentino. Nie mówiąc już o utworze przewodnim dzisiejszego wpisu, ale o tym za chwilkę.

Zapewne wielu z was widziało niedawno bardzo sympatyczną produkcję TVP “Boska” Quiltera z Jandą, spektakl powstały w ramach odnajdywania nowej tożsamości przez Teatr TV. Tytułowa Boska – madame Jenkins – wypowiada tam pewną bardzo zabawną (i w gruncie rzeczy mądrą) kwestię: Ja wiem, że są ludzie którzy uważają, że ja nie potrafię śpiewać, ale nikt mi nie zarzuci że NIE ŚPIEWAM. W sposobie rozumowania tej ekscentrycznej śpiewaczki jest coś rozbrajającego, bo faktycznie trudno jest polemizować z czymś tak elementarnym. Nie da się kłócić z żelazną logiką pani Jenkins. Kwestia oczywista, a jednak zmusza nas do zadania sobie bardzo ważnego pytania – czy mamy prawo wymagać od artysty czegokolwiek więcej niż aktywności w odpowiadającej mu dziedzinie sztuki? Czy możemy rościć sobie prawo do jakiekolwiek pretensji? W dobie internetowych rankingów i kanonów wszyscy wierzymy, że należy nam się zawsze to co najlepsze, najpopularniejsze, od razu, kosztem trzech kliknięć, tak by maksymalnie to wykorzystać, przeżuć, wypluć i przejść do następnej pozycji. Uważamy to za nasze prawo i rzecz oczywistą, jako doskonali konsumenci popkultury, którym należą się rzeczy najwyższej jakości i w masowych ilościach, a gdzieś po drodze zupełnie zatraciliśmy zdolność do fascynacji aktem twórczym w czystej postaci. Zobaczcie, ZESPÓŁ JEST. ZESPÓŁ GRA. W przypadku CKOD te zdania same w sobie powinny cieszyć. Pomimo tego, że zespół totalnie nie wpisuje się w żaden sensowny kontekst, pomimo swojej przekorności i auto-destrukcyjnym kaprysom. Spróbujmy na moment pomyślić, jak wiele muzyki, płyt, zespołów NIE MA, bo nie mają racji bytu, bo gdzieś po drodze ktoś stwierdził, że to się nie kalkuluje, to nie na tutejsze warunki, analiza środowiska wykazała, że takie działanie się nie opłaci. A Cool Kids of Death jest. I nikt nie może zarzucić Krzysztofowi Ostrowskiemu, że nie śpiewa, a to już bardzo wiele.

Mam nadzieję, że zmuszę się znowu do systematyczności. Stwierdziłem, że najbardziej sensownym rozwiązaniem będzie opisywanie każdej z piosenek w kolejności w jakiej występują na płycie, co w praktyce oznacza, że przez większość wpisów będę miał te swoje standardowe jazdy, a gdzieś w międzyczasie będzie coś o kawałkach. The Who kiedyś uspokajali publiczność zapewnieniem, że nigdy nie pozwolą aby ich muzyka stanęła na drodze widowiskom jakie odstawiają na koncertach, także nie przejmujcie się, bo ja też postaram się żeby piosenki CKOD nie były na tym blogu nigdy przeszkodą w naszych (mam nadzieję że K. jeszcze żyje) “dywagacjach” (jak to określił Cinass). Panie i Panowie, “Chrystus”!

Chrystus? Ale przecież pierwszym utworem na płycie jest “Intro”? Owszem, jednak przy kilku okazjach zespół zaznaczył, że oryginalnie jest to wstęp do “Chrystusa”, co zresztą nawet ma sens biorąc pod uwagę to jak krótkie są oba utwory. Wystarczył sprytny zabieg i nagle z dwunastu piosenek robi się trzynaście, że niby intro do całej płyty, jednak prawdę powiedziawszy nijak się ma do reszty materiału (chociaż takie kowbojskie plumkania pojawiają się też w Białej Fladze). Warto odnotować, że jest to chyba jedyna instrumentalna kompozycja zespołu w ogóle, ale to też taka trochę ściema skoro miał to być początek “Chrystusa”. Osobiście, sprawdza się całkiem w porządku w roli wprowadzacza, bo uzyskujemy efekt kontrastu i pierdolnięcie gitar “w utworze właściwym” zupełnie inaczej brzmi, coś na zasadzie dziewczyny, która wszędzie chodzi z brzydką koleżanką, żeby samemu sprawiać wrażenie ładniejszej. Mamy więc rozmarzone, łagodne dźwięki, aż tu nagle łup! I tu pojawiają się u mnie ambiwalentne uczucia, bo nie jestem wielkim fanem tego utworu. Te gitary brzmią za bardzo jak Renton, słyszę pierwsze dźwięki i mam wrażenie, że zaraz usłyszę jakieś hey girl, come closer, I wanna hear stories from your lips. Nie zrozumcie mnie źle, nie mam nic do homoseksualistów, ale chodzi o to, że utwór (muzycznie) wpisuje się w tą dziwną tradycję utworów takich jak Hej Chłopcze i Disko Dla Wrażliwej Młodzieży. Indie siksy, Kumka Olik i te sprawy. CKOD cechuje spory eklektyzm, ale uważam, że na 2006 w paru miejscach nieco zbłądzili i nie powinni tam wracać. Chyba w tym momencie sypie się też nieco moja teoria spontaniczności bytu o której pisałem wyżej, bo jednak jest w tym jakaś chłodna kalkulacja, że właśnie “a to będzie utwór przy którym dzieciarnia będzie mogła się pobawić”. Nie lubię Chrystusa i już się raczej do niego nie przekonam. Z tego co zrozumiałem to utwór powstał jako soundtrack do jakiegoś filmiku krótkometrażowego o Jezusie na deskorolce. Nie wiem, nie znam kontekstu, ale wkleiłem komiks PBF, który mi się z tym info trochę skojarzył, żeby nie było. Jezus się “niepotrzebnie” (eufemizm) pchał i też mógł rozbić głowę. Na na na też mi się nie podoba, bo do tego zespołu takie motywy zupełnie nie pasują. Można być konsekwentnym w niekonsekwencji, ale w tych swoich żąglerkach poruszać się ciągle w spójnej przestrzeni. Na przykład w takim “Pasie” jest dubstep a mimo wszystko, hehe, pasuje, a to na na na jest jak z innej planety. Podsumowując, dla mnie jest to słabszy moment płyty, bo za dużo rzeczy mnie tu drażni. Z drugiej strony zdaję sobie sprawę z tego, że ten mój foch wynika z bardzo subiektywnych preferencji i wiem, że wielu osobom utwór się bardzo podoba. Szanuję ich zdanie.

Poezja jest nie dla mnie

“Poezja jest nie dla mnie”

D:

W tle leci Offensywa, gdzie już za chwilę premiera nowego utworu. Za godzinę rozpoczyna się cisza wyborcza. U nas z kolei przez weekend na blogu cisza przedpremierowa. Ile piosenek zdążyliśmy opisać, tyle jest. Reszta będzie. Na razie jeszcze jeden tekst autorstwa K. Życzę miłej lektury.

K:

O, czipsy przyszły. Jakieś 10 lat temu ta fraza z reklamy crunchipsów robiła furorę i ciężko było znaleźć domówkę, na której choć raz nie zostałaby ona wypowiedziana przez jej uczestników. A czemu o tym wspominam? Bo to właśnie w tej reklamie pojawiło się charakterystyczne intro kawałka sponsorującego dzisiejszy odcinek. Tak tak, CKOD w reklamie czipsów. Sprawa była wręcz szokująca!  Z jednej strony anty-systemowi buntownicy młodego pokolenia chcący rzucać w pana z agencji reklamowej butelkami z benzyną, a za plecami robią coś takiego? Zastanawia mnie, czy ta historia tak naprawdę przebiła się do ogólnej świadomości słuchaczy, czy jednak nie? Zarówno ja, jak i D. zastanawiamy się tutaj czasami nad fenomenem niezrozumienia w polsce CKOD. Ciekawi mnie, czy taka niekonsekwencja wizerunkowa na samym początku kariery nie nastawiła przypadkiem sporej części publiki negatywnie? Czy czipsygate może być korzeniem z którego wyrastały wszystkie zarzuty o brak autentyzmu? Nie jest to wykluczone. Aha, żeby było jasne. Ja się w ogóle nie zaliczam do osób które krytykowałyby zespół za sprzedanie swojej piosenki do reklamy, uważam, że to jak najbardziej uczciwy sposób zarabiania kasy. Przypominam też, że mówimy o CKOD z samego początku kariery. Pieniądze z tej reklamy z tego co pamiętam poszły głównie na sprzęt, w tym na nowy bas (debiut CKOD został chyba w większości zagrany na pękniętym basie który nie nadawał się na koncerty). Co innego myślałbym pewnie wtedy jako kilkunastoletni idealista – ale pewne zrządzenie losu spowodowało, że w czasie kiedy ta reklama chipsów latała w TV, ja znałem CKOD tylko z… koncertu z Trójki. To w ogóle ciekawa kwestia – zanim usłyszałem debiutancką płytę zespołu, dość długo słuchałem nagranego koncertu z trzeciego programu polskiego radia. Wyobraźcie sobie, że jako 13-14 latek byłem przekonany, że Disorder to utwór CKOD. Na owym koncercie Poezja jest nie dla mnie, pewnie ze względu na reklamę, nie zostało zagrane, i długo tego kawałka nie znałem w ogóle. Znałem CKOD, znałem motyw z reklamy a nie miałem pojęcia, że  to ich piosenka. Pokuta zadana przez zespół temu kawałkowi była w ogóle dość długa i bolesna – powrócił on na setlisty koncertowe chyba dopiero po tym jak zespół zagrał w całości debiut na OFF festivalu.

Skoro już przed chwilą poruszyłem ten wątek, chciałbym się na chwilę zatrzymać przy fenomenie tego, jak poznawałem CKOD i tego jak kształtował się mój odbiór płyty przez pryzmat koncertu. Pozwalam sobie w moich tekstach na pojazdy w stronę wieśniackiego rockizmu, ale robię to głównie dlatego, że sam byłem jego przedstawicielem. Dlatego bardzo zastanawia mnie, czy tak bardzo polubiłbym CKOD gdybym najpierw poznał jednak płytę. Podobnie jak D. gdy pierwszy raz usłyszałem Uważaj byłem rozczarowany i nieprzekonany. Hej, to ten zespół który jest taki zbuntowany? O co cho? Później wymieniając się z kolegami płytami z mp3 (co za czasy…) trafiłem za zripowany koncert i byłem niezwykle ukontentowany. Był hałas brud, punk rock – tego przecież oczekiwałem. Kiedy w końcu dostałem płytę byłem lekko skonsternowany ilością elektroniki pojawiającej się w piosenkach – ale znałem je już przecież z koncertu na którym bardzo mi się podobały, nie mogłem więc uznać ich za złe. I takim to sposobem być może Trójka uratowała dla mnie CKOD, za co bardzo jej dziękuję.

Sama piosenka jest bardzo ciekawa, i zdecydowanie nie zasłużyła sobie na tak długą banicję. Otwierający ją riff jest (ten który był reklamie) jest niesamowicie chwytliwy i przebojowy. Dużo też dzieje się w tle zarówno w zwrotce jak i w refrenie (jeśli można to tak nazwać). Piszczące gitary, przeplatające się riffy, i ciekawe melodie dają kawałkowi niesamowitą świeżość. Przypomina mi się, że na nieodżałowanych imprezach z cyklu Indie Riot Night w krakowskim B-sidzie DJ Kaśia (pozdro!) zawsze puszczała Butelki i właśnie Poezję, a parkiet raczej się zapełniał niż pustoszał. Piosenka wyróżnia się na tle innych utworów – bliżej jej do Piosenek o miłości niż do reszty płyty. Mało tu wyeksponowanego brudu czy hałasu, jest raczej skocznie i z werwą.

Kawałek znajduje się na stronie LOVE, nie ma więc innej opcji jak ta, żeby był o miłości. Krzysiek zapodaje kolejny niezwykle trafny tekst odnoszący się do tematu związków damsko-męskich (chociaż pewnie nie tylko, ale używam tej figury, żeby ktoś nie myślał sobie o związkach chemicznych, radzieckich czy zawodowych). Na wstępie podmiot liryczny wyjaśnia, że nie jest fanem owijania w bawełnę. Z góry zaznacza, że jeśli chce się z nim rozmawiać to trzeba walić prosto z mostu. Gadka szmatka ewidentnie nie należy do ulubionych form konwersacji podmiotu lirycznego. Druga część odnosi się już bezpośrednio do relacji między partnerami – jedno z nich chce wiedzieć o tym drugim wszystko, znać każdy szczegół z jego/jej życia. Nie uznaje zatajania czy tajemnic – żeby usłyszeć wszystko, trzeba powiedzieć wszystko. Sam niejednokrotnie używałem tego tekstu kiedy zaczynałem spotykać się z jakąś dziewczyną. Kiedy pytały co chciałbym o nich wiedzieć, odpowiadałem zawsze tekstem Poezji. Wszystkie wersy są tu niezwykle trafne, i budują obraz postaci z którą wielu może się pewnie utożsamiać. Po raz kolejny zaznaczam też, jak dobrze teksty CKOD funkcjonują w swojej bezpośrednioności. W tym kawałku widać to szczególnie, ponieważ jest zarazem tematem piosenki, jak i formą w której ten tekst jest wyrażony. Brak słodkiego pierdolenia jest naprawdę ogromnym plusem całego debiutu łodzian.

Zainspirowany wyklęciem Poezji, przygotowałem krótki przegląd piosenek których obecność na setlistach jest czymś zaskakującym ( + komentarze)

- Cool Kids of Death – było na wspominanym koncercie w trójce, pojawiało się pewnie na pierwszych trasach, ale od czasów 2 bardzo sporadycznie

- Dwadzieściakilka – kiedyś żelazny punkt programu, dzisiaj nie grana

- Piosenki o miłości – poza setem w okresie od wydania 2 do wydania 2006, wciąż jednak daleko jej do bycia stałą propozycją

- Uważaj – jak się bardzo upijemy przed koncertem, to zagramy

- hARDKOR – rarytasik, bardzo rzadko spotykany, pojawił się jakieś 4 lata temu na koncercie w Mogilnie ale potem słuch o nim zaginął

- Kurwa na telefon – wyleciała z setlisty zaraz po końcu trasy promującej 2 (finał Hardkor Tour zasługuje na osobny akapit kiedyś tam)

- Uciekaj – głównie na koncertach w stolicy, gdzie zawsze pojawia się legendarne już zdanie “urodziłem się w Łodzi, nie w jebanej Warszawie”

- Error – spadł z setlisty zaraz po zakończeniu trasy promującej 2006, Krzysiek chyba przestał lubić ten utwór. Pojawiał się na koncertach sporo przed premierą 2006

- Człowiek Mucha, A Może Tak, Niebieskie Światło – zagrane podczas pierwszego koncertu promującego 2006 kiedy płyta była wykonana w całości, żaden z nich nie znalazł się w regularnej koncertowej rotacji

Plan Ewakuacji

“Plan Ewakuacji”

Obrazek nie ma związku z moją reakcją na utwór. Jest to bardziej coś w rodzaju zagadki, którą postaram się rozwiązać (domysły i teorie spiskowe), ale o tym później. Rekapitulacja rekapitulacją, prokrastynacja prokrastynacją, ale dzisiaj czas na coś specjalnego. Zostawimy na razie 2006 na jednym wpisie, przeskoczymy całe Afterparty i zabierzemy się wreszcie za mięsko, czyli nowe utwory, o których zdarzało mi się nieśmiało coś wspominać tu i tam, ale na razie żaden z nich nie miał własnego tekstu. Próbowałem wynajdować setki różnych powodów żeby ociągać się z pisaniem (a każdy wie jak to jest kiedy zostanie się wybitym z rytmu i nagle systematyczność szlag trafia), ale jestem odrobinę zbulwersowany i muszę jakoś odreagować. Pewnie jesteście ciekawi czym? Każdy kto śledzi przecieki na temat nowej płyty zdążył już pewnie zapoznać się z teaser trailerem nowego teledysku, nieprawdaż? No właśnie. Ktoś chyba stwierdził, że jak Karaiby, no to Jamajka, ale zacznijmy od początku.

Pewne rzeczy najlepiej jest zilustrować dowcipem. Nie muszą być one jakoś specjalnie śmieszne, gdyż osobiście uważam, że lepiej żeby dowcip był “na temat”, niż żeby sam w sobie był bardzo zabawny. Hrabia siedzi w swojej posiadłości i wprost przeraźliwie się nudzi. Chodzi od okna do okna, bawi się zasłonami, w końcu rozwala się w fotelu, wzdycha, w ogóle nie wie co ze sobą zrobić. Wierny kamerdyner widząc to śpieszy na ratunek – A może pan hrabia ma ochotę zapolować na lisa? Hrabia odpowiada – Bez sensu i dalej gapi się w sufit. No to może partyjka szachów? Arystokrata przewraca oczyma i ponownie burczy pod nosem – Bez sensu. Kamerdyner się nie poddaje i rzuca kolejną propozycję – a może pan hrabia życzy sobie zagadkę? Znudzony hrabia tylko wzrusza ramionami i już ma odpowiedzieć to samo co zawsze, gdy nagle rozentuzjazmowany służący zaczyna – Co to jest? Włochate i wchodzi do dziury. Hrabia z lekkim ożywieniem podrywa się do odpowiedzi – Chuj! Lokaj chichocząc wyjaśnia – A nie, bo mysz. Hrabia - Mysz? W cipie? (dramatyczna pauza) Bez sensu. Koniec dowcipu. I to jest właśnie problem. CKOD – są „myszą w cipie”. Wróć. CKOD są po prostu myszą, a publiczność wciąż oczekuje czegoś pieprznego, nawet gdy zagadka jest już wyjaśniona. Stąd bierze się zresztą komizm dowcipu. Oraz swoisty tragizm sytuacji w której znalazł się zespół.

Wiem co powiecie. Razem z K. wałkujemy do znudzenia temat tego jaki to strasznie biedy i niedoceniany zespół z tych CKOD i że ludzie w ogóle nic a nic nie rozumieją. Ten płaczliwy ton zdaje się nieraz przypominać dziecko skarżące się pani przedszkolance, że Kasia taki ładny domek z klocków zrobiła, a Jacek wziął i rozjebał. Obaj jesteśmy kimś w rodzaju fanów, więc czasami emocje biorą górę, ale mimo wszystko wciąż warto o tym przypominać, bo staram się obserwować, jakie są reakcje i opinie na temat nowych utworów i odnoszę wrażenie, że znalazłoby się kilku hrabiów. A poza tym, do czego służą blogi jak nie do wylewania żali?

Skoro już wiemy do czego są blogi to należałoby sobie zadać pytanie do czego służy muzyka. Mądre głowy zaproponowały następującą teorię – muzyka pop nie służy tak właściwie do tańczenia, obrzędów religijnych, nie jest tłem dla wielkich narracji, nie jest nawet sztuką dla sztuki polegającą na doskonaleniu warsztatu czy na estetycznych poszukiwaniach. Więc co zostaje? Kwestia i-den-ty-fi-ka-cji (i walka klas)! Słuchamy tego lub tamtego tylko po to, żeby odróżniać przyjaciół od wrogów, żeby określić własną przynależność do grupy ludzi, których utożsamiamy z konkretnymi cechami, które postrzegamy jako atrakcyjne. Nie można o żadnej piosence powiedzieć, że jest obiektywnie “lepsza” od innej. Nawet jeśli porównujemy The Beatles i Yazoo (nie mam nic do Yazoo, wręcz przeciwnie, ale to pierwsza rzecz jaka mi przyszła do głowy). Dlaczego? Zizek (a niech sobie ma) też lubi dowcipy i często powołuje się na anegdotkę o pracowniku fabryki, który podobno kradł, ale ochrona nic nigdy nie mogła przy nim znaleźć, a taczka z którą wyjeżdżał zawsze była pusta. Oczywiście przedsiębiorczy robotnik okazał się złodziejem taczek. Na takiej samej zasadzie nie można zmierzyć wartości The Beatles. To ONI SĄ MIARKĄ. Punktem odniesienia. Ze względów historycznych, nie metafizycznych. “Krytycy muzyczni”, o ile można w ogóle używać takiego określenia, mogą posługiwać się porównaniami, ale ostatecznie zawsze sprowadza się to do kanonów i tradycji, które określają co jest dobre, a co złe. Dźwięki same w sobie nie mają znaczenia, bo muzyka to nie jest coś, co można zamknąć na płycie, lecz coś, co rozgrywa się pomiędzy piosenką a słuchaczem. Łatwo jest stwierdzić co nam się podoba, ale mało kto ma odwagę się przyznać dlaczego.

Plan Ewakuacji to piosenka, która mi się podoba, ponieważ zespołowi udało się skonstruować rzecz, która jest jednocześnie logiczną kontynuacją, ale też podważeniem ich wcześniejszego dorobku. Można być konsekwentnym w niekonsekwencji i po CKOD dalej można się spodziewać niespodziewanego. Lubimy oglądać horrory siedząc z kubkiem herbaty opatuleni w ulubiony koc i lubimy takie “niespodzianki” w wykonaniu zespołu, bo wciąż i tak wiadomo, że będziemy poruszać się w bardzo przyjemnych, znajomych nam regionach muzycznych, nawet jeśli będą zręcznie zamaskowane. Tak więc uczucie ja-pierdole-CKOD-gra-radiowy-pop-rock to raczej taki lekki podskok w fotelu gdy nagle zza rogu wyskakuje zombie, coś na co po cichu liczymy, bo lubimy się bać. I lubimy psioczyć na zespoły, które lubimy (to znaczy, że nam zależy). Zasadnicza różnica między nowym CKOD a zespołami w stylu, pfffffff, Video/Enej (nie że faktycznie jakieś bardzo podobne, ale powiedzmy że mieszczące się w kategorii pop rock) polega na tym, że cytując ś. p. Andrzeja Leppera prostytutki nie można zgwałcić (Video), ale taka grzeczna dziewczynka z dobrego domu (CKOD), która nagle trochę za dużo wypiła i zaczyna robić niegrzeczne rzeczy i sama w końcu nie wie kto jest winny to zupełnie inna sprawa i tutaj zaczynają się plotki, intrygi, szantaże, ale tak w sumie to jest w tym jakieś perwersyjne piękno. CKOD flirtujące z popem to incydent, który “nie powinien” się wydarzyć, ale z wypiekami na twarzy podglądamy co się będzie działo dalej. Widzicie? Czysta polityka. Taka sama muzyka grana przez muzyków z inną historią może mieć zupełnie inne znaczenie. Są etatowe kurwy i są zagubione dzieciaki z przedmieść szukające wrażeń.

To co z tą muzyką? Ciekawe rzeczy się dzieją. Pierwsza rzecz jaka mi się rzuciła w oczy (uszy) to brak gitary basowej. Bas na syntezatorze? Pomyślałem, że się chyba w końcu tych odniesień do Foxxa doczekaliśmy. Coś w tym jest. Na koncertach Qbx dosłownie odstawia w tym kawałku gitarę i gra pałeczkami na padach perkusji elektrycznej (te “cymbałki” co się ludziom z przedszkolem kojarzą), a partie basowe gra Kamil. Przy wokalu trochę się wystraszyłem, ale “trzecie” klawisze, które wkraczają przy drugim pewien zwykły ktoś to kolejna rzecz na plus. Przy refrenie zacząłem się chichotać, a po nim miałem banana na twarzy, który już mi nie zszedł do końca kawałka (a potem pojawiają się jeszcze “czwarte” klawisze). Ostro panowie, ostro. Są osoby, z którymi dziele podobne płaszczyzny muzyczne, a jednak utwór im się nie podoba. Doskonale to rozumiem. Nabroili tym kawałkiem strasznie i jednych to rozczuli, ale drugie tyle wkurwi. Zespół rozmienia się na drobne. A ja mówię – niech sobie szaleją. Jeśli o mnie chodzi to żadne granice dobrego smaku nie zostały przekroczone i wciąż jest to muzyka z którą mogę się identyfikować, wciąż są mrugnięcia okiem i sygnały dla wtajemniczonych które jestem w stanie rozpoznać, wciąż jest w tym ta sama niezgrabna kokieteria i niedojrzałość, którą postrzegam jako atut. A co mi nie pasuje? Kontrowersyjna koszulka w teledysku. Klipy Krzyśka są, jakie są i nie jestem jakimś specjalnym ich fanem, ale to poklatkowe dziwadło to jest jakieś nieporozumienie. Tak to jest jak się powierzy robotę komuś z zewnątrz. Różne są rodzaje egzotyki ale jak ma się CKOD do reggae? Poczułem się jak debil. Mamy w nowym CKOD dużo chórków i egzotycznych motywów (nie byliby przecież sobą, gdyby nie odnieśli się jakoś do tego co się teraz dzieje w US/UK), ale że niby polskiemu słuchaczowi trzeba podpowiadać nie ma może gitar na przesterze, ale wiesz, jest git, to nie jest obciach, tak się teraz gra na zachodzie, nie wiem jak by ci to wytłumaczyć, bo ty pewnie nawet MGMT nie kojarzysz … o! mam! to coś jak reggae! Jesteś licealistką/studentką humanistycznego kierunku, masz dredy, to pewnie kojarzysz co jest pięć i ja ci mówię, że jak wolisz reggae od metalu albo punku to w takim razie nowe CKOD też ci się na bank spodoba. Ja nie wiem czy to jest dobry target, bo odpowiedź będzie brzmiała – Mysz? W piździe? Bez sensu. Tutaj na chuj się pchałeś hippisie, a na boku jakieś poklepywanie rastamanów po plecach. Bardzo nieładnie. Niby zespół nie zawinił, ale jednak. Coś na zasadzie pieniądze się znalazły, ale niesmak pozostał.

Punkrockclassic

“Punkrockclassic”

D:

Dzisiaj również zastępstwo. Wracamy do drugiej płyty.

K:

Druga płyta Cool Kids of Death pojawiła się dość szybko – ledwie rok po wydaniu głośnego debiutu. Zespół był na fali, wciąż dużo mówiło się o nim w mediach, Krzysiek ilustrował Wojnę-Polsko Ruską a Kuba budował swoją pozycję felietonisty i komentatora bieżących wydarzeń. Warty opisania jest więc sam kontekst wydania płyty 2. CKOD pojawiło się znikąd. D. wspominał już, że debiutancka płyta zarejestrowana została zanim zespół zagrał jakikolwiek koncert. Wywiad z grupą okraszony tekstem do Butelek pojawił się w Wyborczej i w ten sposób cały kraj poznał CKOD. Automatycznie przylepiona została im łatka buntowników która przyciągała takich a nie innych fanów, a przy okazji powodowała, że na zespół patrzono w pewnej konkretnej perspektywie, od której ciężko było w jakikolwiek sposób uciec. Mało kto dyskutował o tematach poruszanych w piosenkach, nikt nie chciał dyskutować o tym czym naprawdę jest Generacja Nic, używając tej nazwy jako sloganu opisującego rozwrzeszczanych punkowców, zamiast bezideowców o których chodziło Kubiksowi. Wiadomo, że CKOD kreowali się sami. Wydawali w dużej wytwórni, ale chcieli pełnego prawa do swojego wizerunku (które zresztą dostali). Zespół próbował w wielu miejscach pobudzić ludzi do dyskusji, pokazać nurtujące ich problemy społeczne (kto nie wierzy, niech sprawdzi scenę dyskusji po którymś z koncertów w filmie Generacja CKOD). Media jednak nie chciały o tym rozmawiać – jedyne co ich interesowało, to ustawienie zespołu w roli buntowników i anty-systemowców. Najbardziej spektakularnym tego przykładem był wspominany już przez D. występ u Kuby Wojewódzkiego. To właśnie tam Kubiks próbował rozmawiać o młodym pokoleniu i bezsensie programów typu Idol, ale telewidzowie zobaczyli tylko pytania o bunt i trochę śmiechów, cała reszta została wycięta. Wydaje mi się, że ta roczna przygoda z mediami, kiedy to zespół przekonał się, że chcą one widzieć ich tylko w pewnym konkretnym świetle dość mocno wpłynęła na całą ich późniejszą karierę. Zauważcie, że od czasów 2 było już dużo mniej CKOD w środkach masowego przekazu. Wynika to pewnie z dwóch rzeczy – zespół się sparzył, a media nie chciały kogoś, kto nie zrobi wszystkiego żeby się w nich pojawić.

Właśnie w takim klimacie wychodziła druga płyta zespołu. To miała być bezkompromisowa odpowiedź na wszystkie zarzuty jakie padały pod adresem grupy. Piosenki były pełne bluzgów i naprawdę hardkorowego hałasu, a teksty w bezpośredni sposób odnosiły się do łatek które przypinano zespołowi. W wywiadach z tamtego okresu Krzysiek z Kubą zawsze wspominali, że ta płyta to wyraz buntu przeciwko wizerunkowi buntowników. Ten album miał pokazać, że jeżeli ktoś uważa, że to debiut był hałaśliwy i nieznośny do granic wytrzymałości, to grubo się myli. Miał pokazać niezrozumienie ich przekazu, który w ogólnym odbiorze został spłycony i strywializowany.

W Punkrockclassic już sama nazwa naprowadza nas na to, z czym będziemy mieć doczynienia, klasyczny punk rock proszę państwa, ale znów czerpiący raczej z Sex Pistols niż z Dezertera. Jeśli chodzi o warstwę muzyczną to ciężko się rozpisywać na temat utworów pochodzących z 2. Te numery w większości opierają się na podobnym patencie – dużo hałasu, brudu, darcia ryja doprawione od czasu do czasu mocną elektroniką. Nie ma tu technicznych fajerwerków, ale taki a nie inny pomysł na tą płytę nie wynika z braku inwencji – raczej z przekazu jaki ta płyta miała nieść. Miała być brutalna i ranić uszy (co się w sumie udało całkiem nieźle).

Tekst Punkrockclassic jest w moim oczuciu jednym z lepszych na 2. Pojawia się tutaj wizja autorytarnego państwa rządzonego przez podmiot liryczny. Sposób sprawowania władzy jest równie bezkompromisowy jak brzmienie 2. Nowo upieczony przywódca ma ochotę na kraj terroru i przemocy. Refren pozwala jednak zastanowić się, czy cały ten opis nie jest jednak kolejną metaforą na związek? Nie jest to wykluczone, w końcu o co innego mogłoby chodzić z wynajętym mordercą? Nie mam pomysłu, jak macie inne interpretacje podzielcie się nimi z nami w komentarzach!

Trzecia część piosenki jest rewelacyjna. Wrzaski Ostrowskiego i opis sytuacji powiązanych ze sobą słowem-kluczem wściekły to istny majstersztyk! Ilość emocji i autentyzm zawarty w tym krótkim fragmencie jest wręcz porażający. Brutalność tekstu świetnie odbija brutalność życia, nie ma tu żadnego udawania. A wspomniany wcześniej refren pozwala na dodatkowe interpretacje wykraczające poza to co widoczne na pierwszy rzut oka.

Jeżeli ktoś z was nadal uważa album 2 za koszmarek który nigdy nie powinien się zdarzyć, ale dawno jej nie słuchał to polecam. Ja długo tej płyty w ogóle nie uznawałem i udawałem, że jej nie ma. Dopiero jakieś 2 lata temu wróciłem do niej, i lekko zszokowało mnie to, jak bardzo dobry to album. Taki a nie inny odbiór był wypadkową oczekiwań powodowanych debiutem składającym się w dużej mierze z melodyjnych (choć hałaśliwych) piosenek o miłości jak i zachłyśnięciem się słuchaczy tym, że w polskiej muzyce pierwszy raz tak dobrze i wyraźnie słychać było rzadko przywoływane zagraniczne inspiracje. 2 natomiast w swojej bezkompromisowości dość mocno odcinało się od tego, co mieliśmy na debiucie. Mało tu przede wszystkim melodii, ale dużo za to przekazu zaklętego właśnie w hałasie. Trzeba się przełamać i podjąć tą zabawę konwencją, żeby zrozumieć o co chodzi. Punk rock panie i panowie, ale po raz kolejny mądry i trafny.

Za to w kąciku kronikarskim przygotowałem dzisiaj listę coverów które w rożnych okresach grało CKOD:

- Disorder (Joy Division) – grany na koncertach w okolicach pierwszej płyty, pojawił się jako Piętnasta na składance Sissy Records

- Chłopiec z Plasteliny (Lenny Valentino) – cover pochodzącego z jednej z najlepszych polskich płyt ever singla, w którym CKOD wykorzystało nie pojawiający się w wersji oryginalnej refren o diable (chodzi plotka, że Rojek uważał go za zbyt hardkorowy)

- Killing an arab (The Cure) – pojawiał się na koncertach, swego czasu skomentowany przez Krzyśka czymś w rodzaju jak ktoś myśli, że to jest piosenka o zabijaniu Arabów to niech kurwa wraca do szkoły i się dokształci.

- That’s when I reach for my revolver (Mission of burma / Moby) – pojawiał się koncertach w okolicach płyty 2, zaskakująco dobrze im to wychodziło

- Now I wanna be your dog (The Stooges) – tylko Iggy Pop miałby szansę

- Lorelai (Kapitan Nemo) – wykonywany przez pewien czas na koncertach cover Kapitana Nemo przygotowany do programu “Muzyka łączy pokolenia” (debiut Krzyśka w okularach)

- Big new prinz (The Fall) – grany na gigach po Afterparty

- Ja stoję, ja tańczę, ja walczę (Siekiera) – pojawił się na składance Wszystkie covery świata.

- Wilderness (Joy Division) – Nagrany solowo przez Kubiksa cover na płytę Warszawa. Tribute to Joy Division

Piosenki o miłości

“Piosenki o miłości”

D:

Zapraszam do przeczytania kolejnego gościnnego wpisu autorstwa K.

K:

Debiut CKOD dzieli się zasadniczo na dwie części: HATE i LOVE. Piosenki o miłości otwierają tę drugą. Po pełnych wściekłości i brudu utworach, bohaterka dzisiejszej notki zaskakuje nas zarówno formą jak i treścią. Warto zresztą zaznaczyć, że podczas pierwszych tras koncertowych CKOD, Piosenki o miłości zapisywane były na setlistach jako ‘Pulpowy’. To jasny i wyraźny sygnał, że kawałek inspirowany był twórczością zespółu Jarvisa Cockera. Pulp to zresztą jeden z ulubionych zespołów Krzyśka, który jak podejrzewam, jest autorem tekstu. Kubiks opowiadając kiedyś, jak wyglądałby idealny festiwal, powiedział: ‘Dla mnie Foxxa, dla Krzyśka Jarvisa, a dla Tuty (Roberta – przyp. K) Almonda’. Jest to sytuacja na którą warto zwrócić uwagę, szczególnie jeśli wciąż znajdujemy się w dyskursie oscylującym w okół pierwszej płyty zespołu. Nowatorskość brzmienia wynika w dużej mierze z inspiracji zespołu, do tej pory w rzadko w Polsce spotykanych. Punk Rock pre-CKOD zjadał swój PRL-owski ogon, a nowoczesny gitarowy pop w zasadzie nie istniał (chyba, że weźmiemy pod uwagę koszmarki takie jak Rotary i Lizar – polskie popłuczyny po Oasis antycypujące Penny Lane). Świeżość w muzyce CKOD wzięła się właśnie z tego, że eksplorowali oni źródła inspiracji rzadko w Polsce przywoływane i wykorzystywane. Cała scena rockowa opierała się głównie na młodzieży w glanach i kostkach, a tu nagle przed ich oczami stanęli chłopcy w krawatach i marynarkach, bluzgający i hałasujący dużo bardziej niż którykolwiek zdziadziały punkowiec. Stąd wynika też pewnie podział środowiska i duża niechęć sporej części publiki do CKOD. Ludzie nie do końca obeznani w muzyce, nie znający zespołów które inspirowały CKOD, nie potrafili zrozumieć tego dysonansu panującego pomiędzy kreacją sceniczną a muzyką zespołu. Wielokrotnie zarzucano ich postawie brak autentyzmu, jak i krytykowano wykorzystanie elektroniki w swoich kawałkach. Bo jak to tak! Niby punkowy zespół, a tu jakieś disco polo na klawiszkach grają!  W roku 2002 dla wielu osób znajdujących się w potencjalnym targecie łodzian był to szok i bariera nie do przejścia. Zaakceptowanie i polubienie nowoczesnych brzmień było nie lada wyzwaniem dla rodzimych fanów rocka, takie miałem przynajmniej wrażenie rozmawiając w tamtym czasie ze znajomymi. Dużo łatwiej było przyjąć im dęciaki w Kulcie niż to wstrętne techno!!!111

Wracając jednak do meritum – Piosenki o miłości to jeden z moich ulubionych momentów debiutu. Oparty na “skaczących” gitarach a’la wspomniany wcześniej Pulp czy The Smiths numer opowiada historię nieszczęśliwej miłości, świetnie opisując jej poszczególne momenty które pewnie każdy z nas zna. Brakuje tylko wysyłanych po pijaku do dziewczyny smsów, ale to pewnie dlatego, że w 2002 komórki nie były jeszcze takie popularne. Mimo tego, że to trzeci od końca numer pod względem długości (krótsze są tylko butelki i generacja), to jednak tekst jest zaskakująco bogaty i długi. Ta maniera bycia narratorem też zresztą bezsprzecznie wyrasta z tradycji Pulpowo-Smithsowskiej. Ileż to razy Jarvis Cocker opowiadał takie historie? Krzysiek stara się więc przez chwilę być jak swój idol i wypluwając w zawrotnym (jak na siebie) tempie słowa w niecałe trzy minuty opisuje cały szereg uczuć i zdarzeń które towarzyszą związkom (a w zasadzie ich rozpadom). Zaczyna się od tego, że ona zostawia jego ponieważ brakowało jej ciepła i zrozumienia, a przecież nic więcej nie chciała. On nie może tego zrozumieć, nęka jej koleżanki i chce nastukać kandydatowi na swojego następcę. Ona nie wie czy dobrze zrobiła, ma dylematy, nie wie czy zrobiła dobrze czy nie, zadręcza się. Kiedy on w końcu odpuszcza dziewczyna zauważa, że teraz bardzo go jej brakuje. Teraz to ona wysyła do niego maile i wypytuje swoje koleżanki. Kiedy jednak okazuje się, że nic z tego nie będzie, trzeba wyjść z domu, wsiąść w któryś z łódzkich nocnych autobusów i pojechać przed siebie zamiast słuchać piosenek o miłości, które są przecież takie banalne.  Tak samo jak banalna jest sama ta piosenka. Auto-diss bardzo trafny i w pełni zamierzony. W swoim poprzednim wpisie wspominałem o Rojku i Grabażu, i nie mogę o nich nie wspomnieć tutaj. W tekstach zespołów przed chwilą wspomnianych zawodników pełno jest smęcenia i marudzenia tworzącego klimat czy wręcz zachęcającego do wywracania i analizowania wszystkiego po setki razy. U CKOD miłość zawsze jest wybuchowa, szybka, jeśli nieudana to opcje do wyboru przedstawiają się mnie więcej tak: zabić, podpalić, uciec. Nie ma tutaj czasu na zastanawianie się i bezsensowne rozpamiętywanie. Wskakuj do autobusu jadącego nie wiadomo gdzie.

Sam kawałek bardzo długo pozostawał poza setlistą koncertową zespołu (w czasach płyt 2 i 2006 prawie się nie pojawiał). Odnoszę wrażenie, że Krzysiek nie lubi tego kawałka, tak samo jak nie znosi Krajobrazu, Spotkam Cię i Do Widzenia Skurwysynu. Kiedyś podczas koncertu na Cracow Screen Festival ze względu na ograniczony czas publika wybierała ostatni kawałek który ma być zagrany, i to, że padło właśnie na Piosenki Krzysiek skomentował czymś w rodzaju ‘zdecydowanie najgorszy wybór’. Pewnie trochę mu wstyd, że tak bardzo chciał być Jarvisem i Mozzem w jednej osobie, ale przecież te piosenki są urocze i naprawdę nie ma co czuć się nadto zażenowanym.

Warto dodać, że Piosenki o miłości były singlem, a kiedyś w serwisie szorty.pl zorganizowano konkurs na zrobienie własnego teledysku do tego kawałka. Można zauważyć też, jak mało mamy w polskiej muzyce tak fajnych piosenek opowiadających o relacjach damsko-męskich. Udało się tu w bardzo bezpośrednich i trafiających do każdego słowach opowiedzieć historię którą każdy z nas pewnie przeżył na własnej skórze, ale nie każdy wie, że inni mają tak samo. Uniwersalność tego kawałka dodaje mu jeszcze mocy i smaczku. Nie ma tu zaowalowanego i eterycznego pierdolenia, jest konkret – zarazem dosadny jak i prawdziwy. Zresztą od wydania debiutu minęło już prawie 10 lat (sic!) a płyt czy nawet piosenek tak dobrze opisujących miłość (i nienawiść) pojawiło się jak na lekarstwo. W zasadzie tylko Muchy na ‘Terroromansie’ i Pustki na ‘Końcu kryzysu’) zbliżyły się do tego poziomu (no może jeszcze TCIOF ale w zawiązku z tym, że ich kawałki są po angielsku, to nigdy nie zabrzmią dla mnie tak dobrze jak te z “żółtej płyty”).

Przez te 10 lat nie udało się też niestety wyedukować szerokiej publicznośći. Nie wiedzieć czemu większość polskich fanów gitarowego grania wciąż hołduje rockistowkiemu etosowi, który zapełnia hale Comie i Kultowi, a nie pozwala wybić się na taką skalę tym bardziej kombinującym zespołom.

100 lat

“100 lat”

Po raz kolejny zmieniam album. Wcześniej czy później i tak wrócimy do wszystkich piosenek CKOD, załatamy wszelkie dziury i poprzyglądamy się interesującym detalom, na razie jednak skupmy się na innej rzeczy – postępie. Prawdopodobnie jest to złe określenie, bo wyraz ten implikuje zmiany „na lepsze”, a w przypadku CKOD mamy ciągle do czynienia z dwoma równoległymi zjawiskami, które w pewnym sensie się pokrywają: ruchem i ucieczką.

Pierwszym sygnałem zwiastującym to jakiego rodzaju utworów możemy się spodziewać na trzeciej płycie były dwa nowe kawałki – jeden z Internationala (It never happens to us) i jeden oficjalny przeciek (Fashion magazines). „To nie zdarza się nam” brzmiał bardzo w stylu bardziej melancholijnych utworów z pierwszej płyty, natomiast „Sto Lat” to znaczy „Fashion Magazines” był krótkim zastrzykiem energii. Czy tego typu sytuacja nie brzmi znajomo? Trochę jak z „Armią Zbawienia” i „Na wszystkie 4 strony”. Tym razem wciąż nie było jednak do końca wiadomo czego możemy oczekiwać. No dobrze, mamy dwie nowe piosenki, ale co z tego? Przecież pierwsza z nich została zaaranżowana właśnie w taki sposób, żeby dla zagranicznego słuchacza reedycja debiutu z bonusami sprawiała wrażenie jednolitej. „Fashion Magazines” chyba niejako z rozpędu utrzymana została w tym samym klimacie. Dlatego właśnie nowe utwory miały w sobie te około-debiutowe echa, żeby się jakoś specjalnie nie wyróżniać. Kwestia brzmienia, nie kompozycji samych w sobie. Analogicznie, na koncertach materiał z różnych płyt również sprawia wrażenie dosyć spójnego. Mamy więc do czynienia z zespołem, który na przestrzeni lat wypracował specyficzne brzmienie koncertowe, którego się trzyma, oraz z jego alternatywnym, płytowym obliczem. Sytuacja jest nieco schizofreniczna, ale ma to sens. Płyty i koncerty rządzą się swoimi prawami i niektóre rzeczy sprawdzają się dobrze tylko w przypadku jednej z opcji. Przy CKOD, gdzie mamy do czynienia z kreatywnymi, lecz niekoniecznie „uzdolnionymi” muzykami, wariant „czad na koncertach + eksperymentowanie na płytach” to optymalne rozwiązanie. Pewnie się już domyślacie jaki będzie mój główny zarzut pod adresem 2006.

Z Cool Kids Of Death nigdy tak do końca nie wiadomo, czy ich wypowiedzi należy traktować poważnie czy nie. Okazało się, że obietnice że na trzeciej płycie będą brzmieć jak The Human League to jedna wielka lipa. Jestem naiwny? Wbrew pozorom miało to sens, bo lata 80te znów były (i chyba są bardziej niż kiedykolwiek) w modzie. Super Girl & Romantic Boys to był wcześniak jeśli chodzi o revival i jednak fascynacja nieco innymi nurtami, ale przecież CKOD też mogli stwierdzić, że skoro na Echoes się udało, to może warto nieco utemperować gitary, a na pierwszy plan wysunąć klawisze i rytm. Gdyby jeszcze znieśli prohibicję dotyczącą pisania piosenek o miłości to prawdopodobnie spełniłyby się wszelkie moje muzyczne fantazje. Biorąc pod uwagę to, że Kuba zrobił podkład do coveru OMD „Souvenir” na debiutanckiej płycie Ani Dąbrowskiej, że na swoim profilu na myspace wrzucił własną wersję „Hiroshima Mon Amour”, pamiętając o wyznawanej przy każdej okazji miłość do Johna Foxxa i zwracając uwagę na różne inne sygnały, potraktowałem to całkiem poważnie. Narobiłem sobie smaku i ubzdurałem, że CKOD wrócą do niebanalnych piosenek o miłości w nowej, syntezatorowej oprawie. Ukłon w stronę synth-popu od Qbx’a i zaznaczenie swojej britpopowej proweniencji ze strony Krzyśka to dwa składniki, które zagwarantowałyby dla mnie płytę wymarzoną.

Okazało się, że zespół wybrał nieco inną drogę. 2006 to płyta nagrana pod hasłem a teraz pokażemy wam jak CKOD brzmi na żywo. Chyba zespół trochę za bardzo uwierzył w to, że w Polsce płyta jest obecnie tylko czymś w rodzaju gadżetu reklamującego koncerty. Są to piosenki ewidentnie pisane pod występy na żywo, a cały album można traktować jako wypieszczoną rejestrację koncertu na setkę. To dobrze, że w dyskografii pojawia się pozycja tego typu, ale trudno nie odczuwać pewnego niedosytu. Pozostaje mieć nadzieję że zespół, zanim się rozpadnie, wyda płytę z największymi przebojami w nowych aranżacjach i usłyszymy przynajmniej kilka z tych utworów w wersjach nieco bardziej urozmaiconych. Skąd moje podejrzenia, że to wszystko mogłoby wypaść lepiej? Wróćmy do dzisiejszej piosenki, czyli „Sto Lat”. W porównaniu ze swoim anglojęzycznym alter-ego „Fashion Magazines” brzmi płasko i nijako, bo chociaż jest bardziej naturalne, to jednak nie ma w sobie tej energii. A sama kompozycja? Już o tym pisałem, ale „Sto Lat” to w moim odczuciu taki trochę tribute dla Motorhead, który troszkę odstaje od reszty utworów na 2006. Power na koncertach to rzecz, która niestety w przypadku CKOD mnie aż tak bardzo nie interesuje. Dodatkowo nie podoba mi się tekst. Jakieś klęczące baby i piejące koguty zupełnie mi nie pasują do typowo miejskiego zespołu jakim są Cool Kids Of Death. Prawie jak obcy element z innego wymiaru, który burzy całe nasze wyobrażenie o muzyce której słuchamy. Nie przepadam za tą piosenką, ale przeważnie na 2006 jest już tylko lepiej.

No dobrze, dobrze. Ale skoro zdradziłeś już nam swoje fantazje dotyczące idealnej drogi jaką powinno było obrać CKOD, to musisz się teraz jakoś ustosunkować do piosenek z Planu Ewakuacji. Co sądzisz o „Wiemy Wszystko”? Czy właśnie na taki rozwój liczyłeś? No cóż, podobno spełnienie fantazji może przeobrazić się w największy koszmar. Czy tak jest również w tym przypadku? Na razie się nie zanosi. Owszem, podczas słuchania „Wiemy Wszystko” pojawiła się u mnie pewna obawa, jednak sprawa wyjaśni się dopiero gdy zapoznam się z resztą utworów. Jest pewna rzecz, która mnie drażni, jednak prawdopodobnie to tylko detal. Ogólnie rzecz biorąc po usłyszeniu tej piosenki moje zainteresowanie płytą drastycznie wzrosło. Wydaje mi się, że zespół postanowił wrócić po własnych śladach i zacząć prawie od nowa. Mamy więc do czynienia nie z piątą płytą CKOD, tylko z drugą płytą z alternatywnej rzeczywistości. Gdzieś również natknąłem się na podobną opinię, także nie jestem osamotniony w tym przeczuciu. Oczywiście tego porównania nie można brać dosłownie, bo jeśli potraktujemy Plan Ewakuacji jako zaginioną płytę z przeszłości to pojawią się wtedy dziwaczne anachronizmy w stylu puszczenie oka do Animal Collective, ale generalnie lubię myśleć o nowej płycie właśnie w ten sposób. Jest świeżość i przestrzeń, ale również atmosfera końca lata i dojrzewania. Jest tu zapowiedź nieuchronnego rozstania. Czytając niektóre opinie odnośnie „Wiemy Wszystko” można łatwo zrozumieć dlaczego zespół planuje zawiesić działalność. Ile lat można tworzyć muzykę, której prawie nikt nie docenia? Jak długo można być famme fatale polskiej sceny, którą wszyscy wiecznie wyzywają od kurew? Dlaczego w tym smutnym kraju od tylu lat jedynym odzewem na hasło klawisze jest disco-polo/komercja/pop? Z drugiej strony, dlaczego o utworach takich jak „Sto lat” nie ma tak wielu niepochlebnych opinii?

Dwadzieściakilka lat

Dwadzieściakilka lat”

D:

Czas spojrzeć prawdzie w oczy. Nie wyrobię się z wszystkimi piosenkami przed premierą. Jednak nie lękajcie się! Napisałem, że nie dam rady zrobić tego samemu, jednak wszystko powinno pójść zgodnie z planem z „małą” (a tak naprawdę ogromną) pomocą mojego serdecznego przyjaciela, niejakiego K (dla przypomnienia, ja jestem D). K zajmie się piosenkami, które ja z różnych powodów przeoczyłem. Dodatkowo, mamy nadzieję, że wprowadzenie „drugiego głosu” będzie ciekawym urozmaiceniem, które pomoże przełamać monotonię moich wywodów. Zapraszam na pierwszy z cyklu jego gościnnych wpisów.

K:

Mick Jagger powiedział kiedyś: ‘I’d rather be dead than singing “Satisfaction” when I’m forty- five’. Nie do końca się udało, ale Mick chyba wolał być niesłowny niż stracić miliardy dolarów które przez ostatnie dwadzieścia lat zarobiło dla niego „Satisfaction”. Przez wiele lat nic nie mogło Micka powstrzymać, wystarczyło jednak, że Keith “wciągnąłem swojego ojca nosem” Richards określił przyrodzenie swojego kolegi w kategorii poor-size, i pewnie przeboju na żywo nie usłyszy już nikt.

Trochę inaczej sprawa ma się z CKOD. Ci którzy nigdy nie mieli okazji usłyszeć “Dwadzieściakilka” na żywo już się pewnie tego nie doczekają. No chyba, że Rojek znowu namówi zespół na zagranie debiutu w całości, albo 70 letni Kubiks będzie grał solowo wszystkie płyty na dożynkach albo w Opolu. Póki co jednak trzeba zachować twarz, i nie można udawać, że wciąż ma się dwójkę z przodu (i nie chodzi mi tu o zęby).

Rozmawiając o debiucie CKOD nie da się uciec od prób przywołania klimatu pierwszej połowy zeszłej dekady. A w zasadzie tego, jak bardzo “żółta płyta” wyprzedziła inne Terroromanse. No bo kto wcześniej tak trafnie i niestety prawdziwie zdiagnozował pokolenie dorastające bądź wchodzące w dorosłe życie (duh) w latach 90′? Bunt przeciwko systemowi przeterminował się wraz ze zmianami społecznymi, a teksty piosenek szeroko pojętej alternatywy oscylowały wokół problemów miłosnych i egzystencjalnych Artura Rojka i Grabaża. I co? I dopiero debiut CKOD wyraźnie nakreślił prawdziwe problemy dzieci 3 RP (najchujowszy slogan ever, sorry).

Wszystko zaczyna się spotkaniem z Harrym Callahanem, który zdaje się wyjaśniać w jakiej sytuacji się owe dzieci znajdują. Nie ma tu miejsca na własną inicjatywę, nie można samemu sobie pomóc. Albo ktoś ma szczęście i robi karierę/pieniądze (puf! pusta dziura w komorze), albo jednak koniec jest żałosny (bum! clean off…). To takie Kierkegaardowskie Albo-albo. Od tego wyboru nie da się uciec, będzie jedno albo drugie, nie ma trzeciej drogi. Filozoficzny trop nie jest tutaj nieuzasadniony, bo dwóch członków zespołu ten kierunek studiowało, a jeden nawet skończył. Fascynacja Kierkegaardem, czy egzystencjalizmem w ogóle, nie może być więc wykluczona. Czy to akurat Duńczyk i jego “Albo-albo” było inspiracją? Ciężko powiedzieć, ale to właśnie on opisywał kategorię wyboru, którego człowiek nie może uniknąć.

Co robi więc bohater/podmiot liryczny/whatever? Pokazuje jak bardzo w dupie ma ten wybór. Sposób w jaki opisuje siebie nie pozostawia złudzeń. Nie ma w nim krztyny romantycznego buntownika z PRL ani współczesnego japiszona. Ustawiony początkowym cytatem kontekst zostaje rozpierdolony od środka. Cinass powiedział kiedyś, że CKOD są trochę Konradem Wallenrodem polskiego grania, i ta postawa jest tu wyraźnie widoczna. Bo oto staje przed nami człowiek zarazem świadomy jak i nic nie robiący sobie ze swojej beznadziejnej sytuacji. Wylewający się drzwiami i oknami nihilizm miesza się z niczym niezmąconą (do tej pory) pewnością siebie. W zasadzie na naszych uszach definiuje się postać, którą chyba każdy chciałby choć przez chwilę być. Z jednej strony brak kompleksu “nie skończyłem prawa na UW więc jestem nikim” z drugiej świadomość własnej wartości pokazująca, że warto być sobą, bo patrzący na ciebie z wyższością menadżer z Tesco ma dokładnie tyle samo wszystkiego co ty. On też zaraz może przestać mieć szczęście, a wtedy bum (clean off…). I kto wtedy wyjdzie na tym lepiej? Ten który wiedział to od początku i olał “karierę”, czy ten, który całe dorosłe życie musiał udawać kogoś kim nie jest a jedyne co mu to przyniosło to depresja i długi?

Trochę odjechałem w filozoficzno-socjologiczne rozważania, więc może żeby tradycji stało się zadość trochę o samym kawałku od strony muzyczno-technicznej. Wszystko rozpoczyna się wspomnianym już cytatem, a potem mamy w sumie klasyczne CKOD. Ciekawym zabiegiem w zwrotce są slajdy na basie wspomagane przez coś, co przypomina theremin (nie wiem co to jest dokładnie to nie będę się wymądrzał, ale wraz z odhumanizowanym bitem i wspomnianymi slajdami daje to fajny efekt). Całości dopełniają w refrenach i mostkach gęste gitary. Od strony technicznej czy kompozycyjnej nie ma tu żadnych fajerwerków – Ostrowski nie drze ryja, w zasadzie pojawia się tam nawet jakaś melodia. To nie jest buntownicza piosenka – to raczej pewny siebie nihilista przedstawia nam swoją sytuację. Patrzy nam prosto w oczy (uszy?) i mówi. Potem patrzy jeszcze raz, i znów zadaje pytanie: Well, do u punk? I tylko od odbiorcy zależy czy sobie to pytanie postawi, czy nie.

Mimo, że to znajdująca się parę kawałków dalej Generacja Nic nosi tytuł taki sam jak wiadomy artykuł-manifest Kubiksa, to jednak właśnie w Dwadzieściakilka pojawia się opis człowieka który zarazem jest częścią ale i stoi w kontrze do do całego tego pokolenia. Musi być jego częścią, bo ze względu na niezależne od niego czynniki urodził się tu i teraz, ale w tej samej chwili patrzy w oczy każdemu ze swoich zapieprzających w wyścigu szczurów rówieśników, i pyta: Well, do u punk? Stworzona przez CKOD figura staje się sumieniem, wzorcem. Hej, każdy z nas przecież wychował się na pornolach z w .jpg i Bon Jovi na MTV, a skala problemów związanych z kwestiami materialnymi jest dużo mniejsza niż jeszcze kilkadziesiąt lat temu. Tylko czy to jest powód, żeby siebie nie doceniać? Czy naprawdę musimy dawać dupy starym dziadom tylko dlatego, że cierpieli za ojczyznę a nam było tak łatwo? Albo w drugą stronę – czy musimy iść na łatwiznę i nie szanując siebie wygodnie dawać dupy? Nie wydaje mi się, i chyba CKOD też się nie wydaje. Chociaż jak wiemy, wszystkim nam się wydaje.

Publiczny/szeroki odbiór tekstów zespołu zawsze wpadał w pułapkę/ szufladkę ‘buntownicze teksty pełne bluzgów’. Bardzo mało i rzadko mówiło się o nich jako bardzo sprawnej i trafnej analizie społeczeństwa (szczególnie na debiucie). Pierwsze dno jest tak atrakcyjne medialnie, i tak dobrze nadaje się do wykrzykiwania na koncertach, że mało komu chciało się dopatrywać tego drugiego.

Najlepszym przykładem tego, jaki efekt mogą mieć dobrze odczytane teksty, niech będzie Ś.P Forum CKOD. To właśnie stamtąd wyrosła grupa, która w jakiś sposób zmieniła oblicze polskiej alternatywy w latach 00′s. Imprezy Hoaxa, Rotofobia, IRN-y, IPN-y? Cały ten boom którego koślawo wykrzywionymi (medialnymi) twarzami zostali Anna Gacek i Piotr Stelmach był bezpośrednio bądź pośrednio zainspirowany debiutem CKOD. Nawet jeśli nie wszyscy zrozumieli i przeczytali artykuł z Gazety Wyborczej, to wielu zrozumiało płytę. Wszyscy wiedzą, że ewolucja po rewolucji której nigdy nie było nie przyniosła pożądanych efektów, autentyczność zamieniła się w hipsterskie ciuszki, a jak grzyby po deszczu wyrastać zaczęły zespoły będące kopią kopii, zrobionych z kopii (cytat z nigdy nie wydanej piosenki ckod – przyp K.). Pytanie Brudnego Harry’ego jest więc nadal aktualne, ale kto wie, może na nowej płycie zostanie postawione nowe, jeszcze trafniejsze? Well, if we’re lucky enough

Uciekaj

„Uciekaj”

Nie wiem czy zwróciliście na to uwagę, ale jakoś specjalnie nie słodzę swojemu ulubionemu zespołowi. Jeśli chwalę, to zawsze pojawiają się zastrzeżenia i dystans. Na swoje usprawiedliwienie pozwolę sobie jednak zauważyć, że podobnego typu wątpliwości pojawiają się również przy krytyce i nigdy tak naprawdę nie mówię o CKOD nic złego. Wydaje mi się, że jestem w tym w miarę sprawiedliwy, oraz że pozwala mi to uniknąć czarno-białego patrzenia na zagadnienie, czegoś co uważam za zmorę ery internetu, gdzie ludzie dobrowolnie decydują się wyrzec własnej opinii na rzecz nieskrępowanego kliknięcia lubię/nie lubię. Każdy problem jest w ten sposób strywializowany, kwestie takie jak odpowiedzialność, argumentacja, czy dialog stają się nieistotne, a problem jawi się jako coś nieskomplikowanego, względem czego można się określić tylko jako zwolennik/przeciwnik, dając każdemu szansę opowiedzenia się po jednej ze stron, wyrażenia swojego głosu, bez konieczności jakiegokolwiek uzasadnienia i tłumaczenia się komukolwiek. Jakże prosto, sprawnie i demokratycznie. Odpowiedzi na jakiekolwiek pytania w rzeczywistości nigdy nie są proste, nawet jeśli pytamy tylko o to czy CKOD to dobry zespół. Przykro mi. Stwierdzenie, że coś się lubi jest tak samo beztreściowe jak powiedzenie że coś jest fajne.

Osoba, która przeczytała wybiórczo tylko niektóre fragmenty tego bloga może odnieść wrażenie, że ciągle naigrawam się z chłopaków, że podchodzę do ich muzyki z przesadnie arogancką manierą. Przyjmuję postawę pseudo-dobrodusznego rozczulenia nad ich nieudolnością, automatycznie stawiając się w pozycji niejako dominującej, jak jakiś autorytet, który jest tak naprawdę ponad to wszystko. A Polish post-punk band writing songs about love and hate? How dilightfully absurd. Faktycznie, jeśli przyjrzeć się mojemu stosunkowi do zespołu to wychodzi na to, że jest to jakaś bardzo złożona i może nawet niezdrowa fascynacja. Przypomina mi się klasyczny dowcip, który nie jest może wybitnie śmieszny, ale za to dobrze ilustruje ludzką naturę. Żona pyta się męża: słuchaj, a ty jesteś ze mną z miłości czy z innych powodów? Mąż odpowiada: przecież jesteś brzydka, biedna i głupia. To może być tylko i wyłącznie miłość. Tak więc, pamiętając o dowcipie, spójrzmy jeszcze raz na Cool Kids Of Death. Wokalista, który nie umie śpiewać. Muzycy, którzy najpierw nagrywają płytę, a dopiero potem uczą się na poważnie grać, co do tej pory wychodzi im z różnym skutkiem. Mnóstwo wywiadów gdzie zespół odpowiada półsłówkami. W piosenkach zdarzają się błyskotliwe teksty, ale ogólnie rzecz biorąc ich autentyzm wynika z naiwności. Utwory to anty-przeboje. Na polskiej scenie rockowej CKOD często traktowane jest jako zespół wyklęty. O co w tym wszystkim chodzi? Dlaczego słuchamy tych płyt z wypiekami na twarzy? Czyżbyśmy mieli do czynienia z jakimś dysonansem poznawczym i słuchali w hipnotycznym transie perwersyjnie złej muzyki, jednocześnie powtarzając sobie w myślach formułkę uzasadniającą akt obcowania z nią: ten zespół jest chujowy, jednak jest w swojej chujowości totalnie bezinteresowny, ja natomiast nie jestem wariatem, nie siedzę godzinami z słuchawkami na uszach słuchając kiepskich piosenek, a jeśli nie są kiepskie, nie mogą być kiepskie, to tak naprawdę musi być w nich coś zajebistego. Musi. Inaczej to nie miałoby sensu, prawda? Jak powiedział klasyk: czyż nie jest największym upokorzeniem przeczyć samemu sobie? Dlaczego ktokolwiek miałby słuchać hałasu, jeśli hałas ten nie byłby tak naprawdę przejawem geniuszu? Czy w taki sposób właśnie nie dokonujemy waloryzacji muzyki niezależnej? Czy przyjemna muzyka, której dobrze się słucha, a dobra muzyka, która daje satysfakcję to dwa zupełnie różne bieguny? Bo czy ktoś faktycznie słucha z przyjemnością Suicide? Fascynacja chyba byłaby lepszym słowem.

Wróćmy więc do kwestii dysonansu poznawczego (i dowcipu). Załóżmy na moment, że muzyka rozrywkowa nie jest uniwersalną formą wyrazu artystycznego której się powinno doświadczać na czuja (bo buja lub nie buja), tylko swoistą poetyką, kodem, którego poprawne odczytanie możliwe jest tylko dzięki bagażowi doświadczeń, gdzie zrozumienie muzyki jednego zespołu często wymaga znajomości drugiego. Wyobraźmy sobie sytuację, dla porządku nazwijmy ją wariantem A w której ktoś słucha muzyki, której nie rozumie. Tak się nieszczęśliwie złożyło, że jest to płyta uważana za arcydzieło. Słuchacz jednak nie potrafi jej rozgryźć i najzwyczajniej w świecie go nudzi (w dowcipie jest to mądrą żoną). Po dwudziestu minutach zaczyna wędrować gdzieś myślami i daje sobie spokój. Łatwo jest zarzucić mu brak wrażliwości, ale przecież gust to nie jest coś co się ma lub czego się nie ma, lecz coś nad czym trzeba całymi latami pracować, nawet nie będąc tego świadomym. Przyjrzyjmy się innemu słuchaczowi – wariant B: osoba brnie przez płytę uważaną za klasyk, mimo że nie jest w stanie jej rozgryźć. W obawie przed byciem wyśmianym przez towarzystwo zaczyna publicznie ekscytować się albumem. Postawę taką nazywamy snobizmem. Ma ona bardzo racjonalne wyjaśnienie, mianowicie: płyta X podoba mi się, ponieważ (!) jest uznanym arcydziełem. Wartość albumu jest czymś narzuconym odgórnie. Wracając do naszego dowcipu, w wariancie B słuchacza interesują „pieniądze” żony, kapitał jakim dysponuje i jakiego gotowa jest mu użyczyć, chociaż by z niego korzystać musi przeboleć to, że jest „brzydka”. Czy uważamy zachowanie tego osobnika za niemoralne? Kto jest bez winy niech pierwszy rzuci kamieniem. Dodatkowo, odwrotnie niż Lis z bajek Ezopa, który stwierdza: aaa chuj z tym. I tak nie lubię winogron (cytat może być niedokładny), słuchacz zaczyna sobie myśleć, że tak właściwie, to ten kawałek jest całkiem niezły. Widzicie? Snobizm jest bardzo logiczny i przeważnie nie ma w sobie nic z premedytacji. Kolejna sytuacja – wariant C: nasz obiekt badawczy zakłada słuchawki na uszy i momentalnie, bezproblemowo odlatuje. Muzyka jest dla niego w naturalny sposób atrakcyjna. Jest zatopiony w melodyjnych zagrywkach i pulsującym rytmie. Z czystej formalności dodam tylko, że mamy tu do czynienia z sytuacją „piękna żona”. Taka muzyka nie potrzebuje więcej uzasadnień. A teraz czas na ostatnią sytuację, wariant D: słuchacz wkłada do wieży płytę, która ani nie jest powszechnie lubiana, która nie ma ładu i składu i która nie sprawia wrażenie ładnej. Tutaj dopiero zaczyna się robić ciekawie. Czy wykaże się cierpliwością? Jaka będzie jego decyzja? Prawdopodobnie stwierdzi, że nie ma tu nic dla niego i pójdzie dalej, nie oglądając się za siebie. Zadajmy sobie jednak jedno ważne pytanie: co by się stało gdyby zdecydował się spędzić z tą muzyką więcej czasu, nie mając żadnej ewidentnej motywacji? Poświęcając płycie więcej uwagi dokonuje inwestycji. Jeśli się wycofa, to nigdy już tego funduszu emocjonalnego nie odzyska. Nie potrafi odnaleźć w niej sensu, więc musi sam jej ten sens nadać w celu zniwelowania dysonansu poznawczego. Zamienia się to w sytuację osobistą, w którą jest personalnie zaangażowany. Nagle dzieje się coś niezwykłego.

Dziewczyna jest nieco naiwna, ale ujmuje nas jej historia. Nie jest zbyt bogata, ale gdy słuchamy jej opowieści częstuje nas swoim ostatnim papierosem. Nagle stwierdzamy, że chcemy jej się bliżej przypatrzeć. Nie ma bujnego biustu, ładnych ubrań, ani twarzy modelki, a jednak sposób w jaki jej ruda grzywka opada na czoło, jej blada, piegowata twarz, to w jaki sposób się rusza i jak mówi, poruszając swoimi ustami, które tak właściwie przypominają nam usta Gillian Anderson (Scarlett Johansson/Liv Tyler/Emmy Watson/ innej celebrity crush), to wszystko nagle sprawia, że nie możemy od niej oderwać wzroku. W takiej dziewczynie można się tylko i wyłącznie zakochać. CKOD to zespół pod wieloma względami odpychający, ale jeśli ktoś zdecyduje się na to, żeby nadać sens temu co słyszy, to ma okazję na utworzenie relacji bardzo intymnej i satysfakcjonującej, która nie jest narzucona ani przez autorytety, ani nawet muzykę samą w sobie. To może być tylko miłość. Bo tak naprawdę muzyki nie da się obiektywnie ocenić. Jest pełna bezdźwięcznych dziur, które należy załatać własnymi odczuciami. I nawet wtedy, a może zwłaszcza wte…kuuuurwa! Zapomniałem o piosence!

„Uciekaj” jest ostatnim utworem na płycie i zaczyna się na U. Tak samo jak „Uważaj”. Jest taka teoria, że CKOD zawsze najlepszy utwór na danym albumie zamieszcza na samym końcu. Kwestia nieco dyskusyjna, bo „Ruin Gruz” (znowu dwa U) jest ładne, ale nieco „próżne”, natomiast „Niebieskie Światło” to taka czarna owca, radykalny eksperyment. „Uciekaj” jest jednak jedną z dwóch najlepszych piosenek na CKOD2. Po raz kolejny mamy do czynienia z sytuacją analogiczną do „Kręcimy się w kółko”, czyli kompozycją która wymyka się analizie. Nie da się jej rozkładać na części pierwsze, bo mechanizm się psuje – mechanizm bardzo sprawny, jednak z delikatnymi elementami, których nie powinno się dotykać. Refren ma w sobie melancholię pieśni żołnierskich, pojawia się sporo elektroniki i smutnych gitar. Tematem na dziś jest alienacja jednostki a przestrzeń miejska, czyli klimaty w których zespół czuje się wyśmienicie. Szczypta kulkidsowej wiochy czyli urodziłem się w Łodzi, nie w Nowym Jorku, moje miast to syf – wers, który normalnie by nie przeszedł, ale tu brzmi naturalnie. Jest jeszcze teledysk, który ze wszystkich klipów CKOD jest najmniej zły. Jest coś intrygującego w tych komiksowych kadrach, a postmodernistyczne zabawy, czyli teledysk opowiadający o kręceniu teledysku nie jest może czymś wybitnie oryginalnym, ale przynajmniej nie odrzuca. „Plan Ewakuacji” nie ma zbyt wysoko postawionej poprzeczki, ale wciąż musimy czekać…

Czekając aż skończy się wszystko

“Czekając aż skończy się wszystko”

Od kulki, tfu, kilku dni nie dodałem nic nowego. Zapewne zastanawialiście się co jest tego powodem. Oficjalnie możemy uznać, że jestem leniwy i w ciągu ostatnich paru dni byłem nieco rozkojarzony pewnym pobocznym projektem. Zaraz, zaraz, co ja wygaduję? Przecież to właśnie ten blog jest pobocznym projektem, który wymyśliłem, żeby móc się oderwać od monotonii „projektu głównego”. Nastąpiło jakieś totalne zachwianie priorytetów. Tak więc załóżmy, że jestem niepoprawnym, nieodpowiedzialnym i mało konsekwentnym osobnikiem. Zaczynam poważnie wątpić w to czy uda mi się uwinąć ze wszystkimi piosenkami przed premierą, chociaż historia uczy nas, że jeśli zespół CKOD obiecuje płytę pod choinkę, to bardziej prawdopodobne jest, że dostaniemy ją na zajączka. Z drugiej strony premiera miała być w maju, także chyba już i tak wyczerpaliśmy limit obsuw terminowych i faktycznie zostanie październik. Ale znowu zaczynam pisać nie na temat. Jak już mówiłem, w kwestii braku systematyczności w prowadzeniu bloga uznajmy że jestem leniem, jednak osobiście skłonny jestem winić zespół. Wideoklip do „Planu Ewakuacji” miał pojawić się w poniedziałek, potem pojawiło się info, że jednak będzie kilka dni później. Mamy sobotę i wciąż cisza. Parafrazując Tomasza Lisa: jak ci biedni kurwa ludzie mają się ekscytować premierą nowej płyty CKOD, skoro nawet ja tracę zapał? Tutaj wychodzi też na wierzch cała nędza internetu, bo okazuje się, że mamy o płycie dwie notki na krzyż, kopiowane na każdym z portali. Brak nowych przecieków i informacji o postępach doprowadził mnie do jakichś skrajnie dziwacznych zachowań w stylu analiza wykresów z filmików z youtube pod kątem demograficznym. Nagle okazuje się, że przeciekami z koncertów i nowymi piosenkami interesują się wyłącznie mężczyźni, jednak w przypadku już opublikowanego materiału wychodzi na to, że CKOD są zespołem bardziej popularnym wśród młodszych dziewczyn. Potwierdza to cokolwiek seksistowską tezę, że mężczyźni lubią wynajdować nowe zespoły i jarają się nowymi płytami, a dziewczyny słuchają tego co ich partnerzy, znajomi, lub tego co jest już w miarę popularne (czyli społeczny aspekt muzyki jest tu bardziej istotny). Obserwując siebie i moją współlokatorkę również widzę, że podchodzi ona do muzyki z większym dystansem, ale w ostatecznym rozrachunku słucha więcej niż ja, to znaczy mniej płyt, ale za to więcej razy. Oczywiście to tylko taka ilustracja tego jaki niedosyt czuję w związku z ciszą przed (oby) burzą i jak absurdalne rzeczy nagle sprawiają wrażenie interesujących. To tyle jeśli chodzi o przydługawy wstęp, który na dobrą sprawę nie ma nic wspólnego z wybraną na dzisiaj piosenką.

W poprzednim wpisie nieco się zagalopowałem. Owszem, można doszukać się pewnego powtarzającego się schematu na płytach Cool Kids Of Death, pogrupować utwory według generycznych typów, oraz dostrzec, że typy te w ściśle określony sposób przekładają się na jakość materiału. O dziwo, „Na wszystkie cztery strony” wcale nie jest najkrótszym, ani nawet najgorszym kawałkiem na płycie jak zdarzyło mi się wcześniej palnąć. Najsłabsze jest przecież „Czekając aż skończy się wszystko”, o którym totalnie zapomniałem, właśnie dlatego, że utwór ten w ogóle nie zapada w pamięć. Bas jak z kreskówki, gitarowa wata, perkusja która przechodzi samą siebie nawet jak na drugą płytę Cool Kids of Death. Wokal Krzysztofa też brzmi jakoś inaczej. Wersy w stylu oto koniec, ziemia płonie, wybucha złość nagle przestają wyglądać jak perwersyjne balansowanie na granicy grafomanii, lecz zdają się ją przekraczać. Jednym słowem są nieudolne. U Cool Kids of Death pod maską jazgotu zawsze kryją się bardzo dobre patenty i różne drobne zagrywki, które przykuwają uwagę. Nawet w teoretycznie najbardziej „prymitywnych” kawałkach na każdym kroku zaskakują nas przeróżne bonusy. Przykładowo w takim „Punkrockclassic” mamy przecież grzecznie pulsujący pod płaszczem gitarowego hałasu fantastyczny motyw klawiszy przy linijce rano staną u twych drzwi. „Czekając aż skończy się wszystko” jest jednym z wyjątków i wszystko jest tu bardzo, ale to bardzo płaskie. Próbuję znaleźć furtkę, dzięki której mógłbym napisać o tym utworze coś więcej, gdyż sam w sobie jest najbardziej nijakim w dyskografii zespołu. Wydaje mi się, że wiem jak z tego wybrnąć i wreszcie będziemy mieli okazje poruszyć jakąś nową, „pozamuzyczną” kwestię, o której jeszcze nie pisałem.

Jeśli wytężycie słuch to w refrenie „Czekając aż skończy się wszystko” usłyszycie powtarzający się krzyk oddaj to nam. Czy nie brzmi to znajomo? Oczywiście! Rozłóżmy więc wkładkę z opakowania płyty i przyjrzyjmy się jej z bliska. Ok, ok, mamy tył okładki, który jest o wiele bardziej interesujący niż przód (dobrze, że w reedycji jest fajniejsza i bardziej plastyczna), otwieram pudełko, wyciągam książeczkę (zawsze mam z tym problemy). Co my tu mamy? Zdjęcia, strzelająca gitara z teledysku do „Butelek”, więcej zdjęć … O! Znalazłem! Stacja benzynowa na rozkładówce i powtarzający się napis „Oddaj to nam”. Czyżby była to ta słynna Łódzka stacja, gdzie sprzedaje się więcej alkoholu niż paliwa? Nie jesteśmy tego w stanie stwierdzić, ponieważ wszystkie tego typu miejsca są identyczne, tak jak studia nagrań (patrz wpis „Specjalnie dla TV”). A jednak Łódzka stacja staje się dla zespołu czymś ważnym. Nie jestem również w stanie ocenić czy faktycznie ma ona status mekki dla zbłąkanych imprezowiczów, ale każdy z nas zna w swoim mieście tego typu nocne stacje, na których wcale nie musi być sprzedawana benzyna. Tam gdzie odgórnie narzucony jest ściśle ustalony porządek młodzi ludzie znajdą sposób, by miejsce nabrało charakteru. Tak samo jak w określonych przez de Certeau strategiach i taktykach. Dzięki podważeniu podstawowego założenia – „na stacji benzynowej sprzedaje się benzynę” – nocni wędrowcy dokonują symbolicznej inwazji, przywłaszczają sobie miejsce i wychodzą zwycięsko w walce z systemem. Funkcjonują w nim, jednak robią to na własnych warunkach. Czy w podobny sposób CKOD nie wtargnęło na polski rynek fonograficzny? Tak więc komunikat „Oddaj to nam!” jest nadany przez człowieka, który wcale nie chce dokonania transakcji, nie chce faktycznego zwrotu. Chodzi tu o wirtualny podbój i zaznaczenie swojej obecności. Możliwe, że pisząc te słowa zachowuję się jak Wiesław Ciasnowski, który dokonywał analizy tekstów Maanamu powołując się na cytaty Lenina, ale wydaje mi się, że CKOD wysyła różne sygnały, na wielu płaszczyznach, nie tylko w warstwie tekstowej, ale również wizualnej, konsekwentnie budując sieć, miasto, po którym można spacerować w dowolny sposób. Hmm, właściwie to mi też zdarzyło się cytować na tym blogu Lenina …

Uzupełnienie:

Skonsultowałem się z “łodzianinem” i rzeczywiście miejsce jest kultowe. Jest to tzw. “Murek” na Placu Komuny Paryskiej przy Orlenie. Dla tych którzy tak jak ja nie znają za dobrze polskiego Manchesteru polecam Google. Pozdrawiam.

Na wszystkie cztery strony czyli na chuj się pchałeś hipisie

Na wszystkie cztery strony (+ Chrystus [live])

Gdy opowiedziałem kiedyś koledze, że kilka dni wcześniej słyszałem w Trójce koncert CKOD, że były dwie nowe piosenki i że w ogóle fajnie, bo będzie druga płyta to odpowiedział coś w stylu: CKOD? To oni jeszcze istnieją? Dude, they’re like sooo last season. I faktycznie, nawet kilka lat później gdy spotykałem ludzi ze starej szkoły i rozmowa schodziła na muzykę, to okazywało się, że przeważnie nie słyszeli o tym że zespół nagrał coś więcej niż debiut. Dla wielu osób pozostali więc czymś w rodzaju zespołu jednego hitu, którzy byli na jakimś tam etapie dorastania fajni, ale ogólnie to komercja, żenada i lepiej z „podobnych klimatów” posłuchaj Hurt albo Farben Lehre, a nie jakieś plastikowe i pozerskie CKOD. Gdy próbowałem argumentować, że to nie tak, że post-punk, że przecież covery The Cure i Joy Division, fascynacja britpopem, shoegaze, new romantic, na drugiej płycie najlepszy polski reprezentant New Rock Revolution, to w tym momencie totalnie gubiłem rozmówcę. Mam wrażenie, że zespół w dużej mierze jest zupełnie niezrozumiały dla polskiej publiki, a nawet gdy ktoś faktycznie ich lubi, to za złe piosenki.

Dwoma nowymi utworami były wtedy „Armia Zbawienia” i „Na wszystkie 4 strony”. Pierwszy mi się spodobał, można go było traktować jako „piosenkę właściwą”, natomiast drugi był prosty, energiczny i z brzydkimi wyrazami. Teoretycznie w poprzedniej też są te nieszczęsne trzy pizdy, ale są tak jakoś umiejętnie wmieszane w tekst, że nie rażą i mają sens. Skoro już jesteśmy przy pizdach to wyobraźcie sobie moje zdziwienie, gdy któregoś dnia siedząc w pracy (gdzie czasami koleżanki puszczają Zetkę) usłyszałem w radio Panasewicza śpiewającego siostry, matki, żony, starannie mają pizdy wygolone. O czym to ja pisałem? A tak. No więc zdarzają się CKOD piosenki, które grawitują w stronę przaśnego punko-polo. Ja wiem, że ten kawałek to tribute dla White Stripes (riff to „zrzynka” z Fell In Love With A Girl), ale jednak nie do końca w „takich” piosenkach tkwi magia ich muzyki. Nie potrafię myśleć o tym kawałku inaczej, niż o ukłonie w stronę dzieciarni, którą ekscytują brzydkie wyrazy i „czad”. Energia piosenek takich jak „Niewarto” albo „Poezja Jest Nie Dla Mnie” i energia „Na wszystkie 4 strony” to dwie różne historie. Najgorsze jest to, że tego typu utwór pojawia się na każdej płycie – krótki, pseudo-drapieżny koszmarek, który jest rodzajem niezobowiązującego bonusa, hołdem złożonym jakiejś innej kapeli. Wrócimy do tego później.

„Na wszystkie 4 strony” to piosenka-prowokacja, która brzmi jakby była napisana na kolanie na pięć minut przed występem, specjalnie po to by narobić zamieszania. Materiał video z reżyserki i backstage’u studia im. Agnieszki Osieckiej który można zobaczyć w filmie „Generacja CKOD” jest ciekawszy niż sam utwór – mała dziewczynka (chłopczyk?), której polecono zatkać uszy, Paweł Kostrzewa opierdalający zespół za bluzgi i totalnie rozbrajający Krzysiek, który tłumaczy, że przecież parę bluzgów nie poszło, w sensie, że mogło być gorzej. Zespół CKOD to taka adaptacja historii rock’n'rolla na polskie warunki, inscenizacja najbardziej rozpoznawalnych momentów dziejów muzyki rozrywkowej, bo mamy tu i Morrisona, który na żywo śpiewa na antenie she get high wbrew temu co uzgodniono z prowadzącym audycję, Kurta Cobaina, który po wielkim sukcesie nagrywa na złość publice agresywną płytę, która jest komercyjnym samobójstwem, mamy nawet w finale Hardkor Tour zespół zbyt pijany by grać i atmosferę jak z koncertu Sex Pistols w San Francisco. Kontekst jest dosyć interesujący, jednak jest to chyba pierwszy utwór, z tych które opisywałem na tym blogu, o którym mogę powiedzieć nie podoba mi się ta piosenka. Z drugiej strony Joe Pesci to nie jest klaun żeby nas rozśmieszał, a muzyka CKOD to nie dziewczyna, żeby się miała komukolwiek podobać (sexism FTW). Może faktycznie ktoś miał potrzebę, żeby szarpać i krzyczeć i utwory takie jak ten też są potrzebne.

Wspominałem wcześniej, że tego typu kawałek pojawia się praktycznie na każdym albumie. Czy aby na pewno? No więc mamy „Na wszystkie 4 strony” – The White Stripes, „Sto Lat” (aka „Fashion Magazines”) – Motorhead, „Joy” – The Fall. Co łączy te utwory? Że są najgorszymi na poszczególnych płytach. Tak więc zbliża się premiera albumu „Plan Ewakuacji” i ponownie jednym z pierwszych „nowych kawałków” jest „Chrystus”. Już po długości możemy stwierdzić, że będzie kiepski, że będzie to jeden z tych szybkich, opartych na trzech akordach i darciu mordy wypełniaczy na płycie, programowo napisanych jako tło do pogowania na koncertach. Możliwe, że granie „Chrystusa” na koncertach, a „Planu Ewakuacji” w radio jest całkiem sprytnym manewrem, bo z jednej strony zespół sygnalizuje tym którzy już go znają i chodzą na koncerty dla „energii”, że mimo wszystko wciąż miejscami będzie buntowniczo i ostro, z drugiej strony wkraczamy w nowy sektor i singlem w radio na drugim froncie dajemy ludziom, którzy słuchają pop-rocka dokładnie to czego oczekują. Podobno jednak utworów w stylu „Chrystusa” więcej na płycie nie będzie. Osobiście uważam, że pasuje do reszty nowych piosenek jak pięść do oka i że powinni potraktować go jak „Słońce Nad Miastem”, czyli wrzucić na neta, ale trzymać z daleka od albumu. W przeciwnym razie może być strzałem w stopę i kolejną niepotrzebną prowokacją.

Jezus pojawiał się już w teledysku do piosenki „Hardkor” oraz w „Śmierć Turystom”, jednak wers Na chuj się pchałeś hipisie to jakby wyższa szkoła jazdy jeśli chodzi o robienie dymu. Żeby tylko nie okazało się że wyjdzie jak z Andrzejem Budą, albo z komiksami o Chopinie, no chyba że zespół właśnie na to liczy. Najzabawniejsze jest jednak to, że o tym utworze, w przeciwieństwie do numeru singlowego negatywnych opinii na razie nie ma, a niektórzy wręcz deklarują, że kupią płytę nawet dla tego jednego numeru. Oznacza to, że polska młodzież nabiera się na tanie obrazoburstwo, jednak nie jest w stanie przełknąć faktu, że istnieje coś takiego jak inteligentny pop. Wydaje mi się, że wciąż mamy do czynienia z tym samym problemem o jakim pisałem we wstępie tego wpisu. To przykre, że zespół musi posuwać się do ciosów poniżej pasa, żeby udowodnić, że nie zdradzili ideałów. CKOD nagrało melodyjną płytę (a przynajmniej na to się zanosi), jednak jest to tak wielki grzech, że jako pierwszą piosenkę musieli dać kawałek o Chrystusie, upokorzyć go i własnoręcznie złożyć w ofierze. Dlaczego? W ramach pokuty. Bo przy okazji ściągniesz na siebie nasze winy.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.