Chrystus (ponownie)
Intro/Chrystus

The Perry Bible Fellowship - www.pbfcomics.com
Wydaje mi się, że emocje już wystarczająco opadły i że można teraz na spokojnie pisać o tej płycie. Czy aby na pewno? Powróćmy na chwilę do kwestii podstawowych. CKOD nagrali nową płytę. Fakt ten sam w sobie jest czymś co powinno cieszyć, bo zespół przecież już przy poprzedniej płycie miał taki plan, żeby zawiesić działalność jako CKOD i założyć nowy zespół o nazwie Afterparty i właśnie pod taką nazwą wydać album (co nie jest równoznaczne ze zdaniem “i wydać album o takiej nazwie”). Jeśli mówiąc o pozytywach albumu jako jeden z nich wymieniam “noo, nagrali nowy materiał, co nie?”, to nie wróży to niczego dobrego. Z drugiej strony, co zresztą doskonale wiecie jeśli śledziliście tego bloga, daleki jestem od stawiania na nich krzyżyka. Na czym polega problem płyty? Ciężko jest czepić się czegoś konkretnego, ale jednak album pozostawia niedosyt. Sytuacja jest bardzo zabawna, bo właściwie każdy z kawałków puszczanych przedpremierowo w Trójce z osobna mi się podobał, czasami bardziej, czasami trochę mniej, ale były to solidne rzecz i płyta zapowiadała się bardzo dobrze. W dniu premiery, gdy wreszcie miałem okazję wysłuchać całości, okazało się że pozostałe utwory również trzymają wysoki poziom. A jednak płyta jako całość rozczarowuje, gdyż gdzieś podświadomie ciągle liczyłem na coś lepszego. Miejscami o ten transcendentalny absolut zahaczają “Pas”, mój ulubiony kawałek na płycie, i chyba od biedy “Karaibski”. Problem w tym, że CKOD na tym albumie stosują często zupełnie niekulkidsowe patenty i zamiast w kreatywny sposób nawiązywać do własnej, wypracowanej stylistyki, korzystają za bardzo z cudzych chwytów. “Karaibski” ma gitary żywcem wyjęte z “Górnego Tarasu” Much, “Matka Noc” czy “Złe Rzeczy” natomiast mocno dryfują w stronę klimatów Myslovitz/Lenny Valentino. Nie mówiąc już o utworze przewodnim dzisiejszego wpisu, ale o tym za chwilkę.
Zapewne wielu z was widziało niedawno bardzo sympatyczną produkcję TVP “Boska” Quiltera z Jandą, spektakl powstały w ramach odnajdywania nowej tożsamości przez Teatr TV. Tytułowa Boska – madame Jenkins – wypowiada tam pewną bardzo zabawną (i w gruncie rzeczy mądrą) kwestię: Ja wiem, że są ludzie którzy uważają, że ja nie potrafię śpiewać, ale nikt mi nie zarzuci że NIE ŚPIEWAM. W sposobie rozumowania tej ekscentrycznej śpiewaczki jest coś rozbrajającego, bo faktycznie trudno jest polemizować z czymś tak elementarnym. Nie da się kłócić z żelazną logiką pani Jenkins. Kwestia oczywista, a jednak zmusza nas do zadania sobie bardzo ważnego pytania – czy mamy prawo wymagać od artysty czegokolwiek więcej niż aktywności w odpowiadającej mu dziedzinie sztuki? Czy możemy rościć sobie prawo do jakiekolwiek pretensji? W dobie internetowych rankingów i kanonów wszyscy wierzymy, że należy nam się zawsze to co najlepsze, najpopularniejsze, od razu, kosztem trzech kliknięć, tak by maksymalnie to wykorzystać, przeżuć, wypluć i przejść do następnej pozycji. Uważamy to za nasze prawo i rzecz oczywistą, jako doskonali konsumenci popkultury, którym należą się rzeczy najwyższej jakości i w masowych ilościach, a gdzieś po drodze zupełnie zatraciliśmy zdolność do fascynacji aktem twórczym w czystej postaci. Zobaczcie, ZESPÓŁ JEST. ZESPÓŁ GRA. W przypadku CKOD te zdania same w sobie powinny cieszyć. Pomimo tego, że zespół totalnie nie wpisuje się w żaden sensowny kontekst, pomimo swojej przekorności i auto-destrukcyjnym kaprysom. Spróbujmy na moment pomyślić, jak wiele muzyki, płyt, zespołów NIE MA, bo nie mają racji bytu, bo gdzieś po drodze ktoś stwierdził, że to się nie kalkuluje, to nie na tutejsze warunki, analiza środowiska wykazała, że takie działanie się nie opłaci. A Cool Kids of Death jest. I nikt nie może zarzucić Krzysztofowi Ostrowskiemu, że nie śpiewa, a to już bardzo wiele.
Mam nadzieję, że zmuszę się znowu do systematyczności. Stwierdziłem, że najbardziej sensownym rozwiązaniem będzie opisywanie każdej z piosenek w kolejności w jakiej występują na płycie, co w praktyce oznacza, że przez większość wpisów będę miał te swoje standardowe jazdy, a gdzieś w międzyczasie będzie coś o kawałkach. The Who kiedyś uspokajali publiczność zapewnieniem, że nigdy nie pozwolą aby ich muzyka stanęła na drodze widowiskom jakie odstawiają na koncertach, także nie przejmujcie się, bo ja też postaram się żeby piosenki CKOD nie były na tym blogu nigdy przeszkodą w naszych (mam nadzieję że K. jeszcze żyje) “dywagacjach” (jak to określił Cinass). Panie i Panowie, “Chrystus”!
Chrystus? Ale przecież pierwszym utworem na płycie jest “Intro”? Owszem, jednak przy kilku okazjach zespół zaznaczył, że oryginalnie jest to wstęp do “Chrystusa”, co zresztą nawet ma sens biorąc pod uwagę to jak krótkie są oba utwory. Wystarczył sprytny zabieg i nagle z dwunastu piosenek robi się trzynaście, że niby intro do całej płyty, jednak prawdę powiedziawszy nijak się ma do reszty materiału (chociaż takie kowbojskie plumkania pojawiają się też w Białej Fladze). Warto odnotować, że jest to chyba jedyna instrumentalna kompozycja zespołu w ogóle, ale to też taka trochę ściema skoro miał to być początek “Chrystusa”. Osobiście, sprawdza się całkiem w porządku w roli wprowadzacza, bo uzyskujemy efekt kontrastu i pierdolnięcie gitar “w utworze właściwym” zupełnie inaczej brzmi, coś na zasadzie dziewczyny, która wszędzie chodzi z brzydką koleżanką, żeby samemu sprawiać wrażenie ładniejszej. Mamy więc rozmarzone, łagodne dźwięki, aż tu nagle łup! I tu pojawiają się u mnie ambiwalentne uczucia, bo nie jestem wielkim fanem tego utworu. Te gitary brzmią za bardzo jak Renton, słyszę pierwsze dźwięki i mam wrażenie, że zaraz usłyszę jakieś hey girl, come closer, I wanna hear stories from your lips. Nie zrozumcie mnie źle, nie mam nic do homoseksualistów, ale chodzi o to, że utwór (muzycznie) wpisuje się w tą dziwną tradycję utworów takich jak Hej Chłopcze i Disko Dla Wrażliwej Młodzieży. Indie siksy, Kumka Olik i te sprawy. CKOD cechuje spory eklektyzm, ale uważam, że na 2006 w paru miejscach nieco zbłądzili i nie powinni tam wracać. Chyba w tym momencie sypie się też nieco moja teoria spontaniczności bytu o której pisałem wyżej, bo jednak jest w tym jakaś chłodna kalkulacja, że właśnie “a to będzie utwór przy którym dzieciarnia będzie mogła się pobawić”. Nie lubię Chrystusa i już się raczej do niego nie przekonam. Z tego co zrozumiałem to utwór powstał jako soundtrack do jakiegoś filmiku krótkometrażowego o Jezusie na deskorolce. Nie wiem, nie znam kontekstu, ale wkleiłem komiks PBF, który mi się z tym info trochę skojarzył, żeby nie było. Jezus się “niepotrzebnie” (eufemizm) pchał i też mógł rozbić głowę. Na na na też mi się nie podoba, bo do tego zespołu takie motywy zupełnie nie pasują. Można być konsekwentnym w niekonsekwencji, ale w tych swoich żąglerkach poruszać się ciągle w spójnej przestrzeni. Na przykład w takim “Pasie” jest dubstep a mimo wszystko, hehe, pasuje, a to na na na jest jak z innej planety. Podsumowując, dla mnie jest to słabszy moment płyty, bo za dużo rzeczy mnie tu drażni. Z drugiej strony zdaję sobie sprawę z tego, że ten mój foch wynika z bardzo subiektywnych preferencji i wiem, że wielu osobom utwór się bardzo podoba. Szanuję ich zdanie.








