Karaibski

„Karaibski”

 

karaibski

 

Nie mam w zwyczaju robić listy postanowień noworocznych – ani faktycznych, ani nawet metaforycznie dokonywać z okazji Nowego Roku rachunku sumienia – jednak, w drodze wyjątku, takim moim małym, skromnym celem będzie kontynuowanie tego bloga i dokończenie tego co zacząłem. Podtytuł brzmi „rekapitulacja przed nową płytą”, więc biorąc pod uwagę to, że na razie nowej płyty nawet nie widać na horyzoncie, mam jeszcze mnóstwo czasu. Zawsze to jakaś gimnastyka dla palców, a przy okazji może uszczęśliwię kilka osób, które się domagały nowych wpisów. Jak widać jestem jak „oporna” dziewczyna z dowcipu („Prosił, prosił i wyprosił!”).

Trzymając się ustalonego wcześniej planu, jedziemy z następnymi kawałkami z „Planu Ewakuacji”. Tak się szczęśliwie zdarzyło, że jest to „Karaibski”, który doskonale pasuje do mojej obecnej sytuacji. Blog został założony z nudów i nadmiaru wolnego czasu (wakacje), natomiast aktualnie mogę go w najlepszym razie traktować jako odskocznie od codziennych obowiązków i sposób na „złapanie oddechu”. Gdzieś po drodze dokonała się w moim życiu reorientacja, analogiczna do tego co w ciągu dziesięciu lat działo się z zespołem CKOD i jego muzyką. Weźmy na przykład takie „Butelki” i „Karaibskiego” – okazuje się, że w pewnym sensie adresat pozostaje ten sam, ale już nie wygrażamy mu pięściami, lecz po bratersku klepiemy go po ramieniu. Nie jest już uosobieniem tego czego nienawidzimy, lecz towarzyszem niedoli. To są komunały, ale dojrzeliśmy i nagle znajdujemy się po drugiej stronie barykady. System miał być rozjebany od środka i oczywiście, okazało się, że w międzyczasie ulegliśmy całkowitej demoralizacji. Pozostaje nam jedynie nostalgiczne rozpamiętywanie „dni chwały”, które w ostatecznym rozrachunku okazują się jedynie szczeniackim wybijaniem szyb na działkach (chociaż ten wers pojawia się w innym kawałku, to jednak należy pamiętać, że płyta stanowi spójną konceptualnie całość, dlatego takie żonglowanie cytatami jest wręcz wskazane). A miały być koktajle Mołotowa.

Trzeba pamiętać, że modelowy słuchacz CKOD nigdy przecież tak naprawdę nie był buntownikiem z prawdziwego zdarzenia. Zawsze grupą docelową była młodzież z dobrych domów poszukująca własnej tożsamości i różnego typu zagubieni wrażliwcy, których w nieco perwersyjny sposób podniecała „niegrzeczna” estetyka jaką posługiwał się zespół. Samo zrozumienie konwencji w jakiej utrzymana jest muzyka CKOD wymaga przecież od słuchacza pewnej inteligencji. Najbardziej adekwatnym określeniem byłaby prawdopodobnie „postmodernistyczna świadomość pop-kulturalna”, albo jeszcze lepiej „alfabetyzm pop-kulturalny”. Bez niej odczytanie całego szeregu komunikatów wysyłanych przez zespół na każdym kroku jest niemożliwe. Dlatego też nie może dziwić animozja wobec zespołu ze strony niektórych środowisk (np. fanów muzyki rockowej w przysłowiowych koszulkach System Of A Down).

Uwzględniając cały ten „przesiew”, intrygujące jest pytanie: kim są fani i ex-fani CKOD? Czy możemy powiedzieć coś więcej o ludziach, którzy dziesięć lat temu ekscytowali się debiutem? W jakiej branży pracują i jaką drogę przeszli? Oczywiście tego typu rozważania skazane są na generalizowanie, albo nawet wyciąganie pochopnych wniosków na podstawie jednostkowych przypadków – nie mogę wszak mówić w imieniu całej społeczności. Znam jednak osobiście kilka różnych okazów zwierza jakim jest „fan CKOD” i wydaje mi się, że radzą sobie oni całkiem nieźle. Oczywiście wyrośli na całkowite zaprzeczenie etosu buntownika i robią w korporacjach i różnego typu agencjach. Dlatego też „Karaibski” to kawałek idealnie wpisujący się w schemat biografii młodego, inteligentnego, wykształconego, obeznanego w popkulturze człowieka, który ileś tam lat temu był na bieżąco z nieco ambitniejszą polską muzyką. Nie mówimy to o klonach Patricka Batemana, który wszakże też miał muzyczne zboczenie, ale jakimś skromniejszym, polskim odpowiedniku, który w jakiś sposób czuje się spowinowacony ze środowiskiem yuppies.

Wspominałem już gdzieś wcześniej, że główny motyw gitary w „Karaibskim” kojarzy mi się z Muchami. Biorąc jednak pod uwagę to jak koszmarna i pozbawiona melodii (w ogóle zresztą jakiejkolwiek inwencji) jest ostatnia płyta Much postanowiłem mentalnie wymazać to skojarzenie, ponieważ napawa mnie ono niesmakiem. Zamiast tego lepiej jest myśleć o nim jako o nawiązaniu do kawałka „Error” (2006) z poprzestawianymi dźwiękami. Zacznijmy jednak od samego początku numeru. „Chrystus” się kończy (Bogu dzięki! Bo potem już są – pomijając „Na kredyt” – same utwory na plus) i rozpoczyna się „Karaibski”, jak dla mnie” właściwa” część płyty.

Piosenka na początku w ciekawy sposób nabiera tempa. Pojedyncze dźwięki gitary (?) stopniowo ulegają zagęszczeniu, aż w końcu przypominają syntezator, którego krótkie dźwięki monotonnie wystukują rytm już przez całą piosenkę. W wyimaginowanym teledysku w tym momencie powinny się pojawić obrazy takie jak: pracownicy biurowca latają z teczkami po korytarzach, sekretarka w okularach stuka w klawiaturę komputera (żadne hipsterskie gówno  z jabłuszkiem,  tylko zwykły pecet), otwierają się i zamykają drzwi gabinetów, a windy jeżdżą w górę i w dół. Przy każdym dźwięku następuje zmiana ujęcia, jednak wciąż pokazywane są te same sytuacje. Wszystko dzieje się coraz szybciej i szybciej, nagle gdy już wchodzi perkusja i bas ujęcia są dłuższe, za to obraz jest przyśpieszony i ludzie poruszają się jak w animacji poklatkowej (tutaj by się nadawała, w przeciwieństwie do singlowego „Planu Ewakuacji”), chmury za oknami przesuwają się z nienaturalną prędkością, nie widać już twarzy pracowników  tylko rozmyte smugi i krzątaninę. Ktoś bardziej wulgarny zrobiłby przebitkę na mrowisko, albo coś w tym stylu, ale nam wystarczy biurowiec.  Teraz pojawia się główny riff, rozlazły, leniwy i nieco rzewny, zupełnie pod prąd w stosunku do tego co robią pozostałe instrumenty i co dzieje się w naszym teledysku. Z chwilą gdy wchodzi wokal przenosimy się do boksu, w którym główny bohater słucha piosenki na słuchawkach, z odchyloną do tyłu głową i zamkniętymi oczami. Teraz tempo obrazu jest już normalne. Zbliżenie na dłonie bohatera klipu, który bawi się spinaczami. Ruchy kamery są powolne. Postać, lub pojedyncze części ciała wypełniają cały kadr. Różnica w perspektywie sprawia, że obraz kontrastuje z poprzednimi scenami, w których pracownicy byli jak jeden wielki organizm. Bohater obraca się na krześle i patrzy na schowaną w szufladzie widokówkę. Wchodzi refren.

Paradoks polega na tym, że Karaiby są tu tylko jakimś wyimaginowanym, ckliwym symbolem relaksu. Tak naprawdę, bohater nie odnajduje się już w rzeczywistości innej niż biuro/miasto/apartament. Chociaż „w głowie ciągle miga Tetris na czternastym poziomie”, to jednak gra wciąga jak narkotyk. Teraz w klipie pojawiają się klocki z Tetrisa. Stopniowo ekran zanika i sylwetka ułożonych bloków okazuje się być panoramą miasta z jego sterczącymi biurowcami. Zadanie domowe: co dzieje się w teledysku gdy bohater wciska na swojej empetrójce przycisk Fast Forward?

P. S. Ręka do góry kto wieeeeee … ehhhmmm … skąd obrazek?

Reklamy
Karaibski

Frazy wyszukiwarek

Mały świąteczny bonus czyli lista najlepszych zapytań przy pomocy których ludzie trafiali na bloga plus komentarz:

1. „plan ewakuacji miasta”

Za oknem apokalipsa, osoba odpowiedzialna za sprawne przeprowadzenia ewakucji ludności w panice wpisuje hasło do wyszukiwarki, a tu lipa. Blog o CKOD.

2. „na chuj się pchałeś hipisie”

Nie wiem o co może chodzić 😉

3. „zakochaj sie na nowo cool kids of death”

Rozumiem. Ja się zawsze zakochuję na nowo przy okazji każdej kolejnej płyty.

4. „fajne tło hipsterskie”

Wierzcie lub nie, ale fajnego tła hipsterskiego szukały aż trzy osoby.

5. „starannie nawet pizdy wygolone”

Czyli piosenka Lady Pank źle zrozumiana. Tu również częstotliwość jest zaskakująca i utwierdza mnie w przekonaniu, że coś musi być na rzeczy. Może istnieją nie tylko freudowskie przejęzyczenia, ale także przesłyszenia. W każdym razie dobrze wiedzieć, że istnieje cała grupa osób, które nie wierzyły własnym uszom i musiały skonsultować się z Google.

6. „cipa starej baby”, „wyrazne pizdy” i „polskie pizdy”

Frazy wyszukiwarek jak zwykle motywami genitalnymi silne.

7. „zdjęcia o miłości”

Można potraktować to zapytanie jako kolejny przejaw analfabetyzacji społeczeństwa, ja jednak wolę wierzyć, że nawet ten niefortunny zlepek słów, sklecony z wielkim wysiłkiem przez ociekającego śliną troglodytę (lub, co bardziej prawdopodobne, troglodytkę), wyraża pewną intuicyjną prawdę. Dobre zdjęcia opowiadają „o czymś”, a nie są tylko odbiciem „czegoś”.

8. „dredy sa zajebiste”

Ktoś zrobił literówkę. Miało być „zjebane”.

9. „interpretacja piosenki dalej pójdę sam”, „specjalnie dla tv interpretacja”, „to nie zdarza się nam cool kids of death interpretacja”, „interpretacja tekstu piosenki plan ewakuacji” i „cool kids of death generacja nic interpretacja”

Dla odmiany zdumiewająca precyzja zapytań.

10. „sto lat obrazki dla mamy”

Miejmy nadzieję, że nie doznało trwałego uszczerbku na psychice.

11. „teksty piosenek jako bunt przeciwko prl”

Niektórzy politycy nie byli internowani, ale w praktyce okazywało się, że mieli jeszcze gorzej! Bo musieli żyć w niepewności, jak bohaterski Jarosław K. brat tragicznie zmarłego byłego prezydenta. Dlatego uważam, że muzycy CKOD mają zdecydowanie gorzej niż buntownicy doby PRLu. Muszą bowiem żyć ze świadomością, że przegapili ten najlepszy moment gdy muzyka jeszcze coś znaczyła. Codziennie muszą bić się w pierś, że nie mogli dźwiękami swych gitar zwalczać PRLu.

12. „ostry cool kids of death kurt cobain”

Krzysztof Ostrowski. Kurt Cobain XXI wieku.

13. „piosenka o milosci od 10 lat”

Pedofilskiej propagandzie mówimy stanowcze NIE!

14. „piosenka w której dziewczyna daje gitarem [sic!] biednemu mężczyźnie”

Zupełnie nie przypominam sobie takiej piosenki w repertuarze CKOD.

15. „cool kids of death czy miało tak brzmieć”

Parafrazując fragment Rozmów Kontrolowanych muszę z całą stanowczością stwierdzić, że na to pytanie istnieje tylko jedna logiczna odpowiedź: widocznie miało skoro tak brzmi! (http://www.youtube.com/watch?v=V29zRTfv_dY)

16. „piosenka o miłosci damsko meskiej” i „piosenka o milosci o fascynacji damsko -męskiej”

To jest bardzo dobry znak! Wreszcie ludzie dostrzegają, że istnieją różne warianty i konfiguracje! Nie powinno się z góry niczego przyjmować za pewnik. Chyba, że to właśnie wyszukiwanie o charakterze prewencyjnym, w takim razie jest naprawdę nieciekawie.

17. „chuj z tym wszystkim niewarte”

Ojciec mojego kolegi ma taki zwyczaj, że nigdy nie wpisuje adresu stron internetowych w odpowiednie miejsce przeglądarki, tylko otwiera Google, wpisuje adres do wyszukiwarki, a potem wchodzi na stronę z poziomu wyników. Jest to rozwiązanie całkiem logiczne, bo nie trzeba znać dokładnego adresu, jednak on odwiedzał ciągle te same strony i zamiast wstukiwać pierwsze dwie literki adresu w odpowiednie pole bawił się z wyszukiwarką. Okazuje się, że wyszukiwarki mają liczne zastosowania. Niektórzy piszą blogi używając do tego wordpressa, inni wolą od razu wstukiwać swoje osobiste wynurzenia w wyszukiwarkę. Uczy to pewnej dyscypliny. Pięć słów, tyle gniewu!

18. „piosenka zachęcająca do miłości”

Piosenki CKOD raczej zniechęcają do miłości (swoją drogą ciekawe czy Łukasz P. ma „Uważaj” w iPodzie). Dlatego polecam inne klimaty, np. Liroy – „Jebać mi się chce”. Nie ma za co. Jeszcze rozczula mnie Hemp Gru – „Jak to było” (http://www.youtube.com/watch?v=z3fJ-z9wm1E). Ewentualnie, dobrym wyborem są piosenki edukacyjne, które nie tyle zachęcają partnera do miłości, co nakręcają nas samych. W takiej sytuacji Geto Boys – „Gangster of Love” jest trafnym wyborem (http://www.youtube.com/watch?v=c6If4uSFbgM).

19. „piosenka o milosci sama zrobiona”

Wow. Po prostu.

20. „piosenka symbol buntu przeciwko systemowi” i „piesonki [sic!] opierdalajace system”

To chyba Butelki, ale potem się okazało, że to symbol buntu przeciwko Rowerowi Błażeja.

21. „mucha w cipce jest bez sensu”

Zdecydowanie!

22. „piosenki o milosci polski urocze”

Piosenki CKOD z pierwszej płyty są o miłości, są polskie i urocze jak kociak w sokowirówce.

23. „czad sexs”

Interesująca pisownia.

24. „chrystus hipis”

Dlatego konserwatyści tak bardzo go nie lubią. Otoczka jest ok, ale tego kolesia można by się było pozbyć. Nie dość że hipis to jeszcze żyd.

25. „marynarka jarvis cocker”

Ja pamiętam jak mlodzież zaraziła się marynarkami. Interesujące jest natomiast to, że Krzysztof Ostrowski zaraził się brodą od Jarvisa.   

26. „piosenki z brzydkimi słowami”

Cytując jednego z Braci Strach: „Wyruchałbym ją”.

27. „zwroty do zapowiedzi piosenek np ostre i mocne klimaty”

Znam kilka fajnych. Przykładowo: „A teraz będzie kawałek o zabijaniu Arabów!”. Ale najlepsze jest krótkie i konkretne: „Będziemy napierdalać”.

28. „ckod na pałeczki”

Ja poproszę taby na trójkąt!

29. „jak można opisać piosenke która mi się podoba?”

Ja walę w klawisze aż będzie 1000 słów. Potem się okazuje, że o piosence jest 11.

30. „bunt to wolność cool kids of death”

Nie.

31. „słowa do starej nieznanej już piosenki”

Powodzenia.

32. „zespol muzyczny emma zajaczki”

Ja czasami pieszczotliwie mówię misie-kulkisie.

33. „cool kids of death zaczyna sie od dżwieku gitary”

Nie wiem. „Nielegalny”?

34. „niech wszystko spłonie to piosenka o łodzi”

Jeśli założymy, że wszystkie piosenki CKOD są tak właściwie o Łodzi to tak.

35. „fajna piosenka- tekst jej opowiadająca że nie można być z mężczyzna swojego życia”

Też taką chcę.

36. „cool kids of death lubie chłopców co nie potrafią sie bić”

I dlatego lubię CKOD?

37. „piosenka dubstep która zaczyna sie od latania muchy”

Pierdolić dubstep. Lepiej sobie puścić „Człowieka Muchę”. W sumie 2006 to bardzo niedoceniona płyta, bo pod koniec się dzieją fajne kwasy.

38. „okreslenie na piosenke ktora nam sie za bardzo nie podoba”

W tym momencie poczułem się jakbym rozwiązywał krzyżówkę. Pójdę tropem Maleńczukowym – Kaszan?

39. „czemu rozpadl sie cool kids of death” i „co sie stalo z cool kids of death”

Auć.

40. „alternatywne koszty wyboru: a) autentyzm b) udawanie”

Z cyklu kryzys gimnazjalisty.

41. „tak bardzo chciał tekst starej piosenki”

Odsyłam do wspomnianego gdzieś wcześniej Liroya.

42. „rozmarzone klocki piosenka dla dzieci”

Jest coś złowieszczego w tej frazie.

43. „cool kids of death stare utwory”

Jakoś nie mogę się wciąż z tym pogodzić, że słowo „stare” pojawia się w kontekście CKOD. Oznacza to, że również jestem już stary.

44. „tekst piosenki może herbatki ckod” i „ckod tekst piosenki może herbatki”

Nie ten zespół. Warto się jednak zastanowić jak mogłaby brzmieć piosenka CKOD o takim tytule. Dobrze przynajmniej, że nikt nie pomyślał, że piosenka o tym jak to herbata wziosła krzyk u sąsiada jest autorstwa CKOD.

45. „piosnki miłosne opisujące milłość”

Ja lubię piosenki miłosne opisujące nienawiść, takie jak na pierwszej płycie CKOD.

46. „rapujące dinozaury”

Ile warstw znaczeń. Wystarczy przeczytać na głos i puścić wodze fantazji.

47. „mickiewicz ryj”

Tutaj czytanie na głos też działa, tylko trzeba zrobić dramatyczną pauzę pomiędzy słowami.

48. „towarzyszom przy komputerach lenin”

Jak wyżej, tuż przed Leninem.

49. „czego sluchaja skate”

Ciekawa kwestia. W Polsce czegoś innego niż się ogólnie przyjęło.

50. „piosenka indy san o o o hej jej pizdy san”

To chyba można zaliczyć do nietypowych zastosowań Google. Niektórzy śpiewają do suszarki, a inni do wyszukiwarki.

51. „dowcip sledź w cipie bez sensu”

Próbuję sobie wyobrazić brakującą część dowcipu. Oczywiście powinna być mysz, ale w takim razie jaką zagadkę zadał kamerdyner w tej wersji? Bez sensu.

52. „hipsterskie festiwale”

Dobry pomysł. Można by było zorganizować jakiś nowy. Przykładowo Utøya Hipster Festival 2014. Nie wiem czy to już mowa nienawiści, ale oczywiście jestem „ironiczny”, także się nie liczy.

53. „czy tak trudno zrozumiec nas mlodych ludzi, kazdy za plecami marudzi, ze ta dzisiejsza mlodziez sie rozjebala”

Tutaj z kolei ktoś pomylił wyszukiwarkę z edytorem tekstu.

Nie wiedziałem co zrobić z pozostałymi dziwnymi zapytaniami, więc ułożyłem z nich wiersz biały. Dosłownie ułożyłem, bo każda linijka (i tytuł) jest osobną frazą którą ktoś wstukał do wyszukiwarki (i nadział się na mojego bloga) i nic w nich nie zmianiałem.

„wers to chuj”

zburzyłem całą prawde cały porzadek
forma plastyczna jednego środka wyrazu
kiedy powstał teledysk do ewakuacji ?
czego mogą być krajobrazy

znacie tytuly zajebistych piosenek
to były piosenki miłosne dla mnie
wpisujesz utwor lub zespol leca podobne
jaki to podmiot oklasków

czekam aż to sie skonczy
cisza telewizora jest cool

(Autorstwo: nieintencjonalni i intencjonalni czytelnicy bloga piosenkickod)

Pozdrawiam. Wesołych Świąt i Szczęśliwego Nowego Roku.

 

Frazy wyszukiwarek

Chrystus (ponownie)

Intro/Chrystus

The Perry Bible Fellowship - http://www.pbfcomics.com

Wydaje mi się, że emocje już wystarczająco opadły i że można teraz na spokojnie pisać o tej płycie. Czy aby na pewno? Powróćmy na chwilę do kwestii podstawowych. CKOD nagrali nową płytę. Fakt ten sam w sobie jest czymś co powinno cieszyć, bo zespół przecież już przy poprzedniej płycie miał taki plan, żeby zawiesić działalność jako CKOD i założyć nowy zespół o nazwie Afterparty i właśnie pod taką nazwą wydać album (co nie jest równoznaczne ze zdaniem „i wydać album o takiej nazwie”). Jeśli mówiąc o pozytywach albumu jako jeden z nich wymieniam „noo, nagrali nowy materiał, co nie?”, to nie wróży to niczego dobrego. Z drugiej strony, co zresztą doskonale wiecie jeśli śledziliście tego bloga, daleki jestem od stawiania na nich krzyżyka. Na czym polega problem płyty? Ciężko jest czepić się czegoś konkretnego, ale jednak album pozostawia niedosyt. Sytuacja jest bardzo zabawna, bo właściwie każdy z kawałków puszczanych przedpremierowo w Trójce z osobna mi się podobał, czasami bardziej, czasami trochę mniej, ale były to solidne rzecz i płyta zapowiadała się bardzo dobrze. W dniu premiery, gdy wreszcie miałem okazję wysłuchać całości, okazało się że pozostałe utwory również trzymają wysoki poziom. A jednak płyta jako całość rozczarowuje, gdyż gdzieś podświadomie ciągle liczyłem na coś lepszego. Miejscami o ten transcendentalny absolut zahaczają „Pas”, mój ulubiony kawałek na płycie, i chyba od biedy „Karaibski”. Problem w tym, że CKOD na tym albumie stosują często zupełnie niekulkidsowe patenty i zamiast w kreatywny sposób nawiązywać do własnej, wypracowanej stylistyki, korzystają za bardzo z cudzych chwytów. „Karaibski” ma gitary żywcem wyjęte z „Górnego Tarasu” Much, „Matka Noc” czy „Złe Rzeczy” natomiast mocno dryfują w stronę klimatów Myslovitz/Lenny Valentino. Nie mówiąc już o utworze przewodnim dzisiejszego wpisu, ale o tym za chwilkę.

Zapewne wielu z was widziało niedawno bardzo sympatyczną produkcję TVP „Boska” Quiltera z Jandą, spektakl powstały w ramach odnajdywania nowej tożsamości przez Teatr TV. Tytułowa Boska – madame Jenkins – wypowiada tam pewną bardzo zabawną (i w gruncie rzeczy mądrą) kwestię: Ja wiem, że są ludzie którzy uważają, że ja nie potrafię śpiewać, ale nikt mi nie zarzuci że NIE ŚPIEWAM. W sposobie rozumowania tej ekscentrycznej śpiewaczki jest coś rozbrajającego, bo faktycznie trudno jest polemizować z czymś tak elementarnym. Nie da się kłócić z żelazną logiką pani Jenkins. Kwestia oczywista, a jednak zmusza nas do zadania sobie bardzo ważnego pytania – czy mamy prawo wymagać od artysty czegokolwiek więcej niż aktywności w odpowiadającej mu dziedzinie sztuki? Czy możemy rościć sobie prawo do jakiekolwiek pretensji? W dobie internetowych rankingów i kanonów wszyscy wierzymy, że należy nam się zawsze to co najlepsze, najpopularniejsze, od razu, kosztem trzech kliknięć, tak by maksymalnie to wykorzystać, przeżuć, wypluć i przejść do następnej pozycji. Uważamy to za nasze prawo i rzecz oczywistą, jako doskonali konsumenci popkultury, którym należą się rzeczy najwyższej jakości i w masowych ilościach, a gdzieś po drodze zupełnie zatraciliśmy zdolność do fascynacji aktem twórczym w czystej postaci. Zobaczcie, ZESPÓŁ JEST. ZESPÓŁ GRA. W przypadku CKOD te zdania same w sobie powinny cieszyć. Pomimo tego, że zespół totalnie nie wpisuje się w żaden sensowny kontekst, pomimo swojej przekorności i auto-destrukcyjnym kaprysom. Spróbujmy na moment pomyślić, jak wiele muzyki, płyt, zespołów NIE MA, bo nie mają racji bytu, bo gdzieś po drodze ktoś stwierdził, że to się nie kalkuluje, to nie na tutejsze warunki, analiza środowiska wykazała, że takie działanie się nie opłaci. A Cool Kids of Death jest. I nikt nie może zarzucić Krzysztofowi Ostrowskiemu, że nie śpiewa, a to już bardzo wiele.

Mam nadzieję, że zmuszę się znowu do systematyczności. Stwierdziłem, że najbardziej sensownym rozwiązaniem będzie opisywanie każdej z piosenek w kolejności w jakiej występują na płycie, co w praktyce oznacza, że przez większość wpisów będę miał te swoje standardowe jazdy, a gdzieś w międzyczasie będzie coś o kawałkach. The Who kiedyś uspokajali publiczność zapewnieniem, że nigdy nie pozwolą aby ich muzyka stanęła na drodze widowiskom jakie odstawiają na koncertach, także nie przejmujcie się, bo ja też postaram się żeby piosenki CKOD nie były na tym blogu nigdy przeszkodą w naszych (mam nadzieję że K. jeszcze żyje) „dywagacjach” (jak to określił Cinass). Panie i Panowie, „Chrystus”!

Chrystus? Ale przecież pierwszym utworem na płycie jest „Intro”? Owszem, jednak przy kilku okazjach zespół zaznaczył, że oryginalnie jest to wstęp do „Chrystusa”, co zresztą nawet ma sens biorąc pod uwagę to jak krótkie są oba utwory. Wystarczył sprytny zabieg i nagle z dwunastu piosenek robi się trzynaście, że niby intro do całej płyty, jednak prawdę powiedziawszy nijak się ma do reszty materiału (chociaż takie kowbojskie plumkania pojawiają się też w Białej Fladze). Warto odnotować, że jest to chyba jedyna instrumentalna kompozycja zespołu w ogóle, ale to też taka trochę ściema skoro miał to być początek „Chrystusa”. Osobiście, sprawdza się całkiem w porządku w roli wprowadzacza, bo uzyskujemy efekt kontrastu i pierdolnięcie gitar „w utworze właściwym” zupełnie inaczej brzmi, coś na zasadzie dziewczyny, która wszędzie chodzi z brzydką koleżanką, żeby samemu sprawiać wrażenie ładniejszej. Mamy więc rozmarzone, łagodne dźwięki, aż tu nagle łup! I tu pojawiają się u mnie ambiwalentne uczucia, bo nie jestem wielkim fanem tego utworu. Te gitary brzmią za bardzo jak Renton, słyszę pierwsze dźwięki i mam wrażenie, że zaraz usłyszę jakieś hey girl, come closer, I wanna hear stories from your lips. Nie zrozumcie mnie źle, nie mam nic do homoseksualistów, ale chodzi o to, że utwór (muzycznie) wpisuje się w tą dziwną tradycję utworów takich jak Hej Chłopcze i Disko Dla Wrażliwej Młodzieży. Indie siksy, Kumka Olik i te sprawy. CKOD cechuje spory eklektyzm, ale uważam, że na 2006 w paru miejscach nieco zbłądzili i nie powinni tam wracać. Chyba w tym momencie sypie się też nieco moja teoria spontaniczności bytu o której pisałem wyżej, bo jednak jest w tym jakaś chłodna kalkulacja, że właśnie „a to będzie utwór przy którym dzieciarnia będzie mogła się pobawić”. Nie lubię Chrystusa i już się raczej do niego nie przekonam. Z tego co zrozumiałem to utwór powstał jako soundtrack do jakiegoś filmiku krótkometrażowego o Jezusie na deskorolce. Nie wiem, nie znam kontekstu, ale wkleiłem komiks PBF, który mi się z tym info trochę skojarzył, żeby nie było. Jezus się „niepotrzebnie” (eufemizm) pchał i też mógł rozbić głowę. Na na na też mi się nie podoba, bo do tego zespołu takie motywy zupełnie nie pasują. Można być konsekwentnym w niekonsekwencji, ale w tych swoich żąglerkach poruszać się ciągle w spójnej przestrzeni. Na przykład w takim „Pasie” jest dubstep a mimo wszystko, hehe, pasuje, a to na na na jest jak z innej planety. Podsumowując, dla mnie jest to słabszy moment płyty, bo za dużo rzeczy mnie tu drażni. Z drugiej strony zdaję sobie sprawę z tego, że ten mój foch wynika z bardzo subiektywnych preferencji i wiem, że wielu osobom utwór się bardzo podoba. Szanuję ich zdanie.

Chrystus (ponownie)

Poezja jest nie dla mnie

„Poezja jest nie dla mnie”

D:

W tle leci Offensywa, gdzie już za chwilę premiera nowego utworu. Za godzinę rozpoczyna się cisza wyborcza. U nas z kolei przez weekend na blogu cisza przedpremierowa. Ile piosenek zdążyliśmy opisać, tyle jest. Reszta będzie. Na razie jeszcze jeden tekst autorstwa K. Życzę miłej lektury.

K:

O, czipsy przyszły. Jakieś 10 lat temu ta fraza z reklamy crunchipsów robiła furorę i ciężko było znaleźć domówkę, na której choć raz nie zostałaby ona wypowiedziana przez jej uczestników. A czemu o tym wspominam? Bo to właśnie w tej reklamie pojawiło się charakterystyczne intro kawałka sponsorującego dzisiejszy odcinek. Tak tak, CKOD w reklamie czipsów. Sprawa była wręcz szokująca!  Z jednej strony anty-systemowi buntownicy młodego pokolenia chcący rzucać w pana z agencji reklamowej butelkami z benzyną, a za plecami robią coś takiego? Zastanawia mnie, czy ta historia tak naprawdę przebiła się do ogólnej świadomości słuchaczy, czy jednak nie? Zarówno ja, jak i D. zastanawiamy się tutaj czasami nad fenomenem niezrozumienia w polsce CKOD. Ciekawi mnie, czy taka niekonsekwencja wizerunkowa na samym początku kariery nie nastawiła przypadkiem sporej części publiki negatywnie? Czy czipsygate może być korzeniem z którego wyrastały wszystkie zarzuty o brak autentyzmu? Nie jest to wykluczone. Aha, żeby było jasne. Ja się w ogóle nie zaliczam do osób które krytykowałyby zespół za sprzedanie swojej piosenki do reklamy, uważam, że to jak najbardziej uczciwy sposób zarabiania kasy. Przypominam też, że mówimy o CKOD z samego początku kariery. Pieniądze z tej reklamy z tego co pamiętam poszły głównie na sprzęt, w tym na nowy bas (debiut CKOD został chyba w większości zagrany na pękniętym basie który nie nadawał się na koncerty). Co innego myślałbym pewnie wtedy jako kilkunastoletni idealista – ale pewne zrządzenie losu spowodowało, że w czasie kiedy ta reklama chipsów latała w TV, ja znałem CKOD tylko z… koncertu z Trójki. To w ogóle ciekawa kwestia – zanim usłyszałem debiutancką płytę zespołu, dość długo słuchałem nagranego koncertu z trzeciego programu polskiego radia. Wyobraźcie sobie, że jako 13-14 latek byłem przekonany, że Disorder to utwór CKOD. Na owym koncercie Poezja jest nie dla mnie, pewnie ze względu na reklamę, nie zostało zagrane, i długo tego kawałka nie znałem w ogóle. Znałem CKOD, znałem motyw z reklamy a nie miałem pojęcia, że  to ich piosenka. Pokuta zadana przez zespół temu kawałkowi była w ogóle dość długa i bolesna – powrócił on na setlisty koncertowe chyba dopiero po tym jak zespół zagrał w całości debiut na OFF festivalu.

Skoro już przed chwilą poruszyłem ten wątek, chciałbym się na chwilę zatrzymać przy fenomenie tego, jak poznawałem CKOD i tego jak kształtował się mój odbiór płyty przez pryzmat koncertu. Pozwalam sobie w moich tekstach na pojazdy w stronę wieśniackiego rockizmu, ale robię to głównie dlatego, że sam byłem jego przedstawicielem. Dlatego bardzo zastanawia mnie, czy tak bardzo polubiłbym CKOD gdybym najpierw poznał jednak płytę. Podobnie jak D. gdy pierwszy raz usłyszałem Uważaj byłem rozczarowany i nieprzekonany. Hej, to ten zespół który jest taki zbuntowany? O co cho? Później wymieniając się z kolegami płytami z mp3 (co za czasy…) trafiłem za zripowany koncert i byłem niezwykle ukontentowany. Był hałas brud, punk rock – tego przecież oczekiwałem. Kiedy w końcu dostałem płytę byłem lekko skonsternowany ilością elektroniki pojawiającej się w piosenkach – ale znałem je już przecież z koncertu na którym bardzo mi się podobały, nie mogłem więc uznać ich za złe. I takim to sposobem być może Trójka uratowała dla mnie CKOD, za co bardzo jej dziękuję.

Sama piosenka jest bardzo ciekawa, i zdecydowanie nie zasłużyła sobie na tak długą banicję. Otwierający ją riff jest (ten który był reklamie) jest niesamowicie chwytliwy i przebojowy. Dużo też dzieje się w tle zarówno w zwrotce jak i w refrenie (jeśli można to tak nazwać). Piszczące gitary, przeplatające się riffy, i ciekawe melodie dają kawałkowi niesamowitą świeżość. Przypomina mi się, że na nieodżałowanych imprezach z cyklu Indie Riot Night w krakowskim B-sidzie DJ Kaśia (pozdro!) zawsze puszczała Butelki i właśnie Poezję, a parkiet raczej się zapełniał niż pustoszał. Piosenka wyróżnia się na tle innych utworów – bliżej jej do Piosenek o miłości niż do reszty płyty. Mało tu wyeksponowanego brudu czy hałasu, jest raczej skocznie i z werwą.

Kawałek znajduje się na stronie LOVE, nie ma więc innej opcji jak ta, żeby był o miłości. Krzysiek zapodaje kolejny niezwykle trafny tekst odnoszący się do tematu związków damsko-męskich (chociaż pewnie nie tylko, ale używam tej figury, żeby ktoś nie myślał sobie o związkach chemicznych, radzieckich czy zawodowych). Na wstępie podmiot liryczny wyjaśnia, że nie jest fanem owijania w bawełnę. Z góry zaznacza, że jeśli chce się z nim rozmawiać to trzeba walić prosto z mostu. Gadka szmatka ewidentnie nie należy do ulubionych form konwersacji podmiotu lirycznego. Druga część odnosi się już bezpośrednio do relacji między partnerami – jedno z nich chce wiedzieć o tym drugim wszystko, znać każdy szczegół z jego/jej życia. Nie uznaje zatajania czy tajemnic – żeby usłyszeć wszystko, trzeba powiedzieć wszystko. Sam niejednokrotnie używałem tego tekstu kiedy zaczynałem spotykać się z jakąś dziewczyną. Kiedy pytały co chciałbym o nich wiedzieć, odpowiadałem zawsze tekstem Poezji. Wszystkie wersy są tu niezwykle trafne, i budują obraz postaci z którą wielu może się pewnie utożsamiać. Po raz kolejny zaznaczam też, jak dobrze teksty CKOD funkcjonują w swojej bezpośrednioności. W tym kawałku widać to szczególnie, ponieważ jest zarazem tematem piosenki, jak i formą w której ten tekst jest wyrażony. Brak słodkiego pierdolenia jest naprawdę ogromnym plusem całego debiutu łodzian.

Zainspirowany wyklęciem Poezji, przygotowałem krótki przegląd piosenek których obecność na setlistach jest czymś zaskakującym ( + komentarze)

– Cool Kids of Death – było na wspominanym koncercie w trójce, pojawiało się pewnie na pierwszych trasach, ale od czasów 2 bardzo sporadycznie

– Dwadzieściakilka – kiedyś żelazny punkt programu, dzisiaj nie grana

– Piosenki o miłości – poza setem w okresie od wydania 2 do wydania 2006, wciąż jednak daleko jej do bycia stałą propozycją

– Uważaj – jak się bardzo upijemy przed koncertem, to zagramy

– hARDKOR – rarytasik, bardzo rzadko spotykany, pojawił się jakieś 4 lata temu na koncercie w Mogilnie ale potem słuch o nim zaginął

– Kurwa na telefon – wyleciała z setlisty zaraz po końcu trasy promującej 2 (finał Hardkor Tour zasługuje na osobny akapit kiedyś tam)

– Uciekaj – głównie na koncertach w stolicy, gdzie zawsze pojawia się legendarne już zdanie „urodziłem się w Łodzi, nie w jebanej Warszawie”

– Error – spadł z setlisty zaraz po zakończeniu trasy promującej 2006, Krzysiek chyba przestał lubić ten utwór. Pojawiał się na koncertach sporo przed premierą 2006

Człowiek Mucha, A Może Tak, Niebieskie Światło – zagrane podczas pierwszego koncertu promującego 2006 kiedy płyta była wykonana w całości, żaden z nich nie znalazł się w regularnej koncertowej rotacji

Poezja jest nie dla mnie

Plan Ewakuacji

„Plan Ewakuacji”

Obrazek nie ma związku z moją reakcją na utwór. Jest to bardziej coś w rodzaju zagadki, którą postaram się rozwiązać (domysły i teorie spiskowe), ale o tym później. Rekapitulacja rekapitulacją, prokrastynacja prokrastynacją, ale dzisiaj czas na coś specjalnego. Zostawimy na razie 2006 na jednym wpisie, przeskoczymy całe Afterparty i zabierzemy się wreszcie za mięsko, czyli nowe utwory, o których zdarzało mi się nieśmiało coś wspominać tu i tam, ale na razie żaden z nich nie miał własnego tekstu. Próbowałem wynajdować setki różnych powodów żeby ociągać się z pisaniem (a każdy wie jak to jest kiedy zostanie się wybitym z rytmu i nagle systematyczność szlag trafia), ale jestem odrobinę zbulwersowany i muszę jakoś odreagować. Pewnie jesteście ciekawi czym? Każdy kto śledzi przecieki na temat nowej płyty zdążył już pewnie zapoznać się z teaser trailerem nowego teledysku, nieprawdaż? No właśnie. Ktoś chyba stwierdził, że jak Karaiby, no to Jamajka, ale zacznijmy od początku.

Pewne rzeczy najlepiej jest zilustrować dowcipem. Nie muszą być one jakoś specjalnie śmieszne, gdyż osobiście uważam, że lepiej żeby dowcip był „na temat”, niż żeby sam w sobie był bardzo zabawny. Hrabia siedzi w swojej posiadłości i wprost przeraźliwie się nudzi. Chodzi od okna do okna, bawi się zasłonami, w końcu rozwala się w fotelu, wzdycha, w ogóle nie wie co ze sobą zrobić. Wierny kamerdyner widząc to śpieszy na ratunek – A może pan hrabia ma ochotę zapolować na lisa? Hrabia odpowiada – Bez sensu i dalej gapi się w sufit. No to może partyjka szachów? Arystokrata przewraca oczyma i ponownie burczy pod nosem – Bez sensu. Kamerdyner się nie poddaje i rzuca kolejną propozycję – a może pan hrabia życzy sobie zagadkę? Znudzony hrabia tylko wzrusza ramionami i już ma odpowiedzieć to samo co zawsze, gdy nagle rozentuzjazmowany służący zaczyna – Co to jest? Włochate i wchodzi do dziury. Hrabia z lekkim ożywieniem podrywa się do odpowiedzi – Chuj! Lokaj chichocząc wyjaśnia – A nie, bo mysz. Hrabia – Mysz? W cipie? (dramatyczna pauza) Bez sensu. Koniec dowcipu. I to jest właśnie problem. CKOD – są „myszą w cipie”. Wróć. CKOD są po prostu myszą, a publiczność wciąż oczekuje czegoś pieprznego, nawet gdy zagadka jest już wyjaśniona. Stąd bierze się zresztą komizm dowcipu. Oraz swoisty tragizm sytuacji w której znalazł się zespół.

Wiem co powiecie. Razem z K. wałkujemy do znudzenia temat tego jaki to strasznie biedy i niedoceniany zespół z tych CKOD i że ludzie w ogóle nic a nic nie rozumieją. Ten płaczliwy ton zdaje się nieraz przypominać dziecko skarżące się pani przedszkolance, że Kasia taki ładny domek z klocków zrobiła, a Jacek wziął i rozjebał. Obaj jesteśmy kimś w rodzaju fanów, więc czasami emocje biorą górę, ale mimo wszystko wciąż warto o tym przypominać, bo staram się obserwować, jakie są reakcje i opinie na temat nowych utworów i odnoszę wrażenie, że znalazłoby się kilku hrabiów. A poza tym, do czego służą blogi jak nie do wylewania żali?

Skoro już wiemy do czego są blogi to należałoby sobie zadać pytanie do czego służy muzyka. Mądre głowy zaproponowały następującą teorię – muzyka pop nie służy tak właściwie do tańczenia, obrzędów religijnych, nie jest tłem dla wielkich narracji, nie jest nawet sztuką dla sztuki polegającą na doskonaleniu warsztatu czy na estetycznych poszukiwaniach. Więc co zostaje? Kwestia i-den-ty-fi-ka-cji (i walka klas)! Słuchamy tego lub tamtego tylko po to, żeby odróżniać przyjaciół od wrogów, żeby określić własną przynależność do grupy ludzi, których utożsamiamy z konkretnymi cechami, które postrzegamy jako atrakcyjne. Nie można o żadnej piosence powiedzieć, że jest obiektywnie „lepsza” od innej. Nawet jeśli porównujemy The Beatles i Yazoo (nie mam nic do Yazoo, wręcz przeciwnie, ale to pierwsza rzecz jaka mi przyszła do głowy). Dlaczego? Zizek (a niech sobie ma) też lubi dowcipy i często powołuje się na anegdotkę o pracowniku fabryki, który podobno kradł, ale ochrona nic nigdy nie mogła przy nim znaleźć, a taczka z którą wyjeżdżał zawsze była pusta. Oczywiście przedsiębiorczy robotnik okazał się złodziejem taczek. Na takiej samej zasadzie nie można zmierzyć wartości The Beatles. To ONI SĄ MIARKĄ. Punktem odniesienia. Ze względów historycznych, nie metafizycznych. „Krytycy muzyczni”, o ile można w ogóle używać takiego określenia, mogą posługiwać się porównaniami, ale ostatecznie zawsze sprowadza się to do kanonów i tradycji, które określają co jest dobre, a co złe. Dźwięki same w sobie nie mają znaczenia, bo muzyka to nie jest coś, co można zamknąć na płycie, lecz coś, co rozgrywa się pomiędzy piosenką a słuchaczem. Łatwo jest stwierdzić co nam się podoba, ale mało kto ma odwagę się przyznać dlaczego.

Plan Ewakuacji to piosenka, która mi się podoba, ponieważ zespołowi udało się skonstruować rzecz, która jest jednocześnie logiczną kontynuacją, ale też podważeniem ich wcześniejszego dorobku. Można być konsekwentnym w niekonsekwencji i po CKOD dalej można się spodziewać niespodziewanego. Lubimy oglądać horrory siedząc z kubkiem herbaty opatuleni w ulubiony koc i lubimy takie „niespodzianki” w wykonaniu zespołu, bo wciąż i tak wiadomo, że będziemy poruszać się w bardzo przyjemnych, znajomych nam regionach muzycznych, nawet jeśli będą zręcznie zamaskowane. Tak więc uczucie ja-pierdole-CKOD-gra-radiowy-pop-rock to raczej taki lekki podskok w fotelu gdy nagle zza rogu wyskakuje zombie, coś na co po cichu liczymy, bo lubimy się bać. I lubimy psioczyć na zespoły, które lubimy (to znaczy, że nam zależy). Zasadnicza różnica między nowym CKOD a zespołami w stylu, pfffffff, Video/Enej (nie że faktycznie jakieś bardzo podobne, ale powiedzmy że mieszczące się w kategorii pop rock) polega na tym, że cytując ś. p. Andrzeja Leppera prostytutki nie można zgwałcić (Video), ale taka grzeczna dziewczynka z dobrego domu (CKOD), która nagle trochę za dużo wypiła i zaczyna robić niegrzeczne rzeczy i sama w końcu nie wie kto jest winny to zupełnie inna sprawa i tutaj zaczynają się plotki, intrygi, szantaże, ale tak w sumie to jest w tym jakieś perwersyjne piękno. CKOD flirtujące z popem to incydent, który „nie powinien” się wydarzyć, ale z wypiekami na twarzy podglądamy co się będzie działo dalej. Widzicie? Czysta polityka. Taka sama muzyka grana przez muzyków z inną historią może mieć zupełnie inne znaczenie. Są etatowe kurwy i są zagubione dzieciaki z przedmieść szukające wrażeń.

To co z tą muzyką? Ciekawe rzeczy się dzieją. Pierwsza rzecz jaka mi się rzuciła w oczy (uszy) to brak gitary basowej. Bas na syntezatorze? Pomyślałem, że się chyba w końcu tych odniesień do Foxxa doczekaliśmy. Coś w tym jest. Na koncertach Qbx dosłownie odstawia w tym kawałku gitarę i gra pałeczkami na padach perkusji elektrycznej (te „cymbałki” co się ludziom z przedszkolem kojarzą), a partie basowe gra Kamil. Przy wokalu trochę się wystraszyłem, ale „trzecie” klawisze, które wkraczają przy drugim pewien zwykły ktoś to kolejna rzecz na plus. Przy refrenie zacząłem się chichotać, a po nim miałem banana na twarzy, który już mi nie zszedł do końca kawałka (a potem pojawiają się jeszcze „czwarte” klawisze). Ostro panowie, ostro. Są osoby, z którymi dziele podobne płaszczyzny muzyczne, a jednak utwór im się nie podoba. Doskonale to rozumiem. Nabroili tym kawałkiem strasznie i jednych to rozczuli, ale drugie tyle wkurwi. Zespół rozmienia się na drobne. A ja mówię – niech sobie szaleją. Jeśli o mnie chodzi to żadne granice dobrego smaku nie zostały przekroczone i wciąż jest to muzyka z którą mogę się identyfikować, wciąż są mrugnięcia okiem i sygnały dla wtajemniczonych które jestem w stanie rozpoznać, wciąż jest w tym ta sama niezgrabna kokieteria i niedojrzałość, którą postrzegam jako atut. A co mi nie pasuje? Kontrowersyjna koszulka w teledysku. Klipy Krzyśka są, jakie są i nie jestem jakimś specjalnym ich fanem, ale to poklatkowe dziwadło to jest jakieś nieporozumienie. Tak to jest jak się powierzy robotę komuś z zewnątrz. Różne są rodzaje egzotyki ale jak ma się CKOD do reggae? Poczułem się jak debil. Mamy w nowym CKOD dużo chórków i egzotycznych motywów (nie byliby przecież sobą, gdyby nie odnieśli się jakoś do tego co się teraz dzieje w US/UK), ale że niby polskiemu słuchaczowi trzeba podpowiadać nie ma może gitar na przesterze, ale wiesz, jest git, to nie jest obciach, tak się teraz gra na zachodzie, nie wiem jak by ci to wytłumaczyć, bo ty pewnie nawet MGMT nie kojarzysz … o! mam! to coś jak reggae! Jesteś licealistką/studentką humanistycznego kierunku, masz dredy, to pewnie kojarzysz co jest pięć i ja ci mówię, że jak wolisz reggae od metalu albo punku to w takim razie nowe CKOD też ci się na bank spodoba. Ja nie wiem czy to jest dobry target, bo odpowiedź będzie brzmiała – Mysz? W piździe? Bez sensu. Tutaj na chuj się pchałeś hippisie, a na boku jakieś poklepywanie rastamanów po plecach. Bardzo nieładnie. Niby zespół nie zawinił, ale jednak. Coś na zasadzie pieniądze się znalazły, ale niesmak pozostał.

Plan Ewakuacji

Punkrockclassic

„Punkrockclassic”

D:

Dzisiaj również zastępstwo. Wracamy do drugiej płyty.

K:

Druga płyta Cool Kids of Death pojawiła się dość szybko – ledwie rok po wydaniu głośnego debiutu. Zespół był na fali, wciąż dużo mówiło się o nim w mediach, Krzysiek ilustrował Wojnę-Polsko Ruską a Kuba budował swoją pozycję felietonisty i komentatora bieżących wydarzeń. Warty opisania jest więc sam kontekst wydania płyty 2. CKOD pojawiło się znikąd. D. wspominał już, że debiutancka płyta zarejestrowana została zanim zespół zagrał jakikolwiek koncert. Wywiad z grupą okraszony tekstem do Butelek pojawił się w Wyborczej i w ten sposób cały kraj poznał CKOD. Automatycznie przylepiona została im łatka buntowników która przyciągała takich a nie innych fanów, a przy okazji powodowała, że na zespół patrzono w pewnej konkretnej perspektywie, od której ciężko było w jakikolwiek sposób uciec. Mało kto dyskutował o tematach poruszanych w piosenkach, nikt nie chciał dyskutować o tym czym naprawdę jest Generacja Nic, używając tej nazwy jako sloganu opisującego rozwrzeszczanych punkowców, zamiast bezideowców o których chodziło Kubiksowi. Wiadomo, że CKOD kreowali się sami. Wydawali w dużej wytwórni, ale chcieli pełnego prawa do swojego wizerunku (które zresztą dostali). Zespół próbował w wielu miejscach pobudzić ludzi do dyskusji, pokazać nurtujące ich problemy społeczne (kto nie wierzy, niech sprawdzi scenę dyskusji po którymś z koncertów w filmie Generacja CKOD). Media jednak nie chciały o tym rozmawiać – jedyne co ich interesowało, to ustawienie zespołu w roli buntowników i anty-systemowców. Najbardziej spektakularnym tego przykładem był wspominany już przez D. występ u Kuby Wojewódzkiego. To właśnie tam Kubiks próbował rozmawiać o młodym pokoleniu i bezsensie programów typu Idol, ale telewidzowie zobaczyli tylko pytania o bunt i trochę śmiechów, cała reszta została wycięta. Wydaje mi się, że ta roczna przygoda z mediami, kiedy to zespół przekonał się, że chcą one widzieć ich tylko w pewnym konkretnym świetle dość mocno wpłynęła na całą ich późniejszą karierę. Zauważcie, że od czasów 2 było już dużo mniej CKOD w środkach masowego przekazu. Wynika to pewnie z dwóch rzeczy – zespół się sparzył, a media nie chciały kogoś, kto nie zrobi wszystkiego żeby się w nich pojawić.

Właśnie w takim klimacie wychodziła druga płyta zespołu. To miała być bezkompromisowa odpowiedź na wszystkie zarzuty jakie padały pod adresem grupy. Piosenki były pełne bluzgów i naprawdę hardkorowego hałasu, a teksty w bezpośredni sposób odnosiły się do łatek które przypinano zespołowi. W wywiadach z tamtego okresu Krzysiek z Kubą zawsze wspominali, że ta płyta to wyraz buntu przeciwko wizerunkowi buntowników. Ten album miał pokazać, że jeżeli ktoś uważa, że to debiut był hałaśliwy i nieznośny do granic wytrzymałości, to grubo się myli. Miał pokazać niezrozumienie ich przekazu, który w ogólnym odbiorze został spłycony i strywializowany.

W Punkrockclassic już sama nazwa naprowadza nas na to, z czym będziemy mieć doczynienia, klasyczny punk rock proszę państwa, ale znów czerpiący raczej z Sex Pistols niż z Dezertera. Jeśli chodzi o warstwę muzyczną to ciężko się rozpisywać na temat utworów pochodzących z 2. Te numery w większości opierają się na podobnym patencie – dużo hałasu, brudu, darcia ryja doprawione od czasu do czasu mocną elektroniką. Nie ma tu technicznych fajerwerków, ale taki a nie inny pomysł na tą płytę nie wynika z braku inwencji – raczej z przekazu jaki ta płyta miała nieść. Miała być brutalna i ranić uszy (co się w sumie udało całkiem nieźle).

Tekst Punkrockclassic jest w moim oczuciu jednym z lepszych na 2. Pojawia się tutaj wizja autorytarnego państwa rządzonego przez podmiot liryczny. Sposób sprawowania władzy jest równie bezkompromisowy jak brzmienie 2. Nowo upieczony przywódca ma ochotę na kraj terroru i przemocy. Refren pozwala jednak zastanowić się, czy cały ten opis nie jest jednak kolejną metaforą na związek? Nie jest to wykluczone, w końcu o co innego mogłoby chodzić z wynajętym mordercą? Nie mam pomysłu, jak macie inne interpretacje podzielcie się nimi z nami w komentarzach!

Trzecia część piosenki jest rewelacyjna. Wrzaski Ostrowskiego i opis sytuacji powiązanych ze sobą słowem-kluczem wściekły to istny majstersztyk! Ilość emocji i autentyzm zawarty w tym krótkim fragmencie jest wręcz porażający. Brutalność tekstu świetnie odbija brutalność życia, nie ma tu żadnego udawania. A wspomniany wcześniej refren pozwala na dodatkowe interpretacje wykraczające poza to co widoczne na pierwszy rzut oka.

Jeżeli ktoś z was nadal uważa album 2 za koszmarek który nigdy nie powinien się zdarzyć, ale dawno jej nie słuchał to polecam. Ja długo tej płyty w ogóle nie uznawałem i udawałem, że jej nie ma. Dopiero jakieś 2 lata temu wróciłem do niej, i lekko zszokowało mnie to, jak bardzo dobry to album. Taki a nie inny odbiór był wypadkową oczekiwań powodowanych debiutem składającym się w dużej mierze z melodyjnych (choć hałaśliwych) piosenek o miłości jak i zachłyśnięciem się słuchaczy tym, że w polskiej muzyce pierwszy raz tak dobrze i wyraźnie słychać było rzadko przywoływane zagraniczne inspiracje. 2 natomiast w swojej bezkompromisowości dość mocno odcinało się od tego, co mieliśmy na debiucie. Mało tu przede wszystkim melodii, ale dużo za to przekazu zaklętego właśnie w hałasie. Trzeba się przełamać i podjąć tą zabawę konwencją, żeby zrozumieć o co chodzi. Punk rock panie i panowie, ale po raz kolejny mądry i trafny.

Za to w kąciku kronikarskim przygotowałem dzisiaj listę coverów które w rożnych okresach grało CKOD:

– Disorder (Joy Division) – grany na koncertach w okolicach pierwszej płyty, pojawił się jako Piętnasta na składance Sissy Records

– Chłopiec z Plasteliny (Lenny Valentino) – cover pochodzącego z jednej z najlepszych polskich płyt ever singla, w którym CKOD wykorzystało nie pojawiający się w wersji oryginalnej refren o diable (chodzi plotka, że Rojek uważał go za zbyt hardkorowy)

– Killing an arab (The Cure) – pojawiał się na koncertach, swego czasu skomentowany przez Krzyśka czymś w rodzaju jak ktoś myśli, że to jest piosenka o zabijaniu Arabów to niech kurwa wraca do szkoły i się dokształci.

That’s when I reach for my revolver (Mission of burma / Moby) – pojawiał się koncertach w okolicach płyty 2, zaskakująco dobrze im to wychodziło

– Now I wanna be your dog (The Stooges) – tylko Iggy Pop miałby szansę

Lorelai (Kapitan Nemo) – wykonywany przez pewien czas na koncertach cover Kapitana Nemo przygotowany do programu „Muzyka łączy pokolenia” (debiut Krzyśka w okularach)

– Big new prinz (The Fall) – grany na gigach po Afterparty

– Ja stoję, ja tańczę, ja walczę (Siekiera) – pojawił się na składance Wszystkie covery świata.

– Wilderness (Joy Division) – Nagrany solowo przez Kubiksa cover na płytę Warszawa. Tribute to Joy Division

Punkrockclassic

Piosenki o miłości

„Piosenki o miłości”

D:

Zapraszam do przeczytania kolejnego gościnnego wpisu autorstwa K.

K:

Debiut CKOD dzieli się zasadniczo na dwie części: HATE i LOVE. Piosenki o miłości otwierają tę drugą. Po pełnych wściekłości i brudu utworach, bohaterka dzisiejszej notki zaskakuje nas zarówno formą jak i treścią. Warto zresztą zaznaczyć, że podczas pierwszych tras koncertowych CKOD, Piosenki o miłości zapisywane były na setlistach jako ‚Pulpowy’. To jasny i wyraźny sygnał, że kawałek inspirowany był twórczością zespółu Jarvisa Cockera. Pulp to zresztą jeden z ulubionych zespołów Krzyśka, który jak podejrzewam, jest autorem tekstu. Kubiks opowiadając kiedyś, jak wyglądałby idealny festiwal, powiedział: ‚Dla mnie Foxxa, dla Krzyśka Jarvisa, a dla Tuty (Roberta – przyp. K) Almonda’. Jest to sytuacja na którą warto zwrócić uwagę, szczególnie jeśli wciąż znajdujemy się w dyskursie oscylującym w okół pierwszej płyty zespołu. Nowatorskość brzmienia wynika w dużej mierze z inspiracji zespołu, do tej pory w rzadko w Polsce spotykanych. Punk Rock pre-CKOD zjadał swój PRL-owski ogon, a nowoczesny gitarowy pop w zasadzie nie istniał (chyba, że weźmiemy pod uwagę koszmarki takie jak Rotary i Lizar – polskie popłuczyny po Oasis antycypujące Penny Lane). Świeżość w muzyce CKOD wzięła się właśnie z tego, że eksplorowali oni źródła inspiracji rzadko w Polsce przywoływane i wykorzystywane. Cała scena rockowa opierała się głównie na młodzieży w glanach i kostkach, a tu nagle przed ich oczami stanęli chłopcy w krawatach i marynarkach, bluzgający i hałasujący dużo bardziej niż którykolwiek zdziadziały punkowiec. Stąd wynika też pewnie podział środowiska i duża niechęć sporej części publiki do CKOD. Ludzie nie do końca obeznani w muzyce, nie znający zespołów które inspirowały CKOD, nie potrafili zrozumieć tego dysonansu panującego pomiędzy kreacją sceniczną a muzyką zespołu. Wielokrotnie zarzucano ich postawie brak autentyzmu, jak i krytykowano wykorzystanie elektroniki w swoich kawałkach. Bo jak to tak! Niby punkowy zespół, a tu jakieś disco polo na klawiszkach grają!  W roku 2002 dla wielu osób znajdujących się w potencjalnym targecie łodzian był to szok i bariera nie do przejścia. Zaakceptowanie i polubienie nowoczesnych brzmień było nie lada wyzwaniem dla rodzimych fanów rocka, takie miałem przynajmniej wrażenie rozmawiając w tamtym czasie ze znajomymi. Dużo łatwiej było przyjąć im dęciaki w Kulcie niż to wstrętne techno!!!111

Wracając jednak do meritum – Piosenki o miłości to jeden z moich ulubionych momentów debiutu. Oparty na „skaczących” gitarach a’la wspomniany wcześniej Pulp czy The Smiths numer opowiada historię nieszczęśliwej miłości, świetnie opisując jej poszczególne momenty które pewnie każdy z nas zna. Brakuje tylko wysyłanych po pijaku do dziewczyny smsów, ale to pewnie dlatego, że w 2002 komórki nie były jeszcze takie popularne. Mimo tego, że to trzeci od końca numer pod względem długości (krótsze są tylko butelki i generacja), to jednak tekst jest zaskakująco bogaty i długi. Ta maniera bycia narratorem też zresztą bezsprzecznie wyrasta z tradycji Pulpowo-Smithsowskiej. Ileż to razy Jarvis Cocker opowiadał takie historie? Krzysiek stara się więc przez chwilę być jak swój idol i wypluwając w zawrotnym (jak na siebie) tempie słowa w niecałe trzy minuty opisuje cały szereg uczuć i zdarzeń które towarzyszą związkom (a w zasadzie ich rozpadom). Zaczyna się od tego, że ona zostawia jego ponieważ brakowało jej ciepła i zrozumienia, a przecież nic więcej nie chciała. On nie może tego zrozumieć, nęka jej koleżanki i chce nastukać kandydatowi na swojego następcę. Ona nie wie czy dobrze zrobiła, ma dylematy, nie wie czy zrobiła dobrze czy nie, zadręcza się. Kiedy on w końcu odpuszcza dziewczyna zauważa, że teraz bardzo go jej brakuje. Teraz to ona wysyła do niego maile i wypytuje swoje koleżanki. Kiedy jednak okazuje się, że nic z tego nie będzie, trzeba wyjść z domu, wsiąść w któryś z łódzkich nocnych autobusów i pojechać przed siebie zamiast słuchać piosenek o miłości, które są przecież takie banalne.  Tak samo jak banalna jest sama ta piosenka. Auto-diss bardzo trafny i w pełni zamierzony. W swoim poprzednim wpisie wspominałem o Rojku i Grabażu, i nie mogę o nich nie wspomnieć tutaj. W tekstach zespołów przed chwilą wspomnianych zawodników pełno jest smęcenia i marudzenia tworzącego klimat czy wręcz zachęcającego do wywracania i analizowania wszystkiego po setki razy. U CKOD miłość zawsze jest wybuchowa, szybka, jeśli nieudana to opcje do wyboru przedstawiają się mnie więcej tak: zabić, podpalić, uciec. Nie ma tutaj czasu na zastanawianie się i bezsensowne rozpamiętywanie. Wskakuj do autobusu jadącego nie wiadomo gdzie.

Sam kawałek bardzo długo pozostawał poza setlistą koncertową zespołu (w czasach płyt 2 i 2006 prawie się nie pojawiał). Odnoszę wrażenie, że Krzysiek nie lubi tego kawałka, tak samo jak nie znosi Krajobrazu, Spotkam Cię i Do Widzenia Skurwysynu. Kiedyś podczas koncertu na Cracow Screen Festival ze względu na ograniczony czas publika wybierała ostatni kawałek który ma być zagrany, i to, że padło właśnie na Piosenki Krzysiek skomentował czymś w rodzaju ‚zdecydowanie najgorszy wybór’. Pewnie trochę mu wstyd, że tak bardzo chciał być Jarvisem i Mozzem w jednej osobie, ale przecież te piosenki są urocze i naprawdę nie ma co czuć się nadto zażenowanym.

Warto dodać, że Piosenki o miłości były singlem, a kiedyś w serwisie szorty.pl zorganizowano konkurs na zrobienie własnego teledysku do tego kawałka. Można zauważyć też, jak mało mamy w polskiej muzyce tak fajnych piosenek opowiadających o relacjach damsko-męskich. Udało się tu w bardzo bezpośrednich i trafiających do każdego słowach opowiedzieć historię którą każdy z nas pewnie przeżył na własnej skórze, ale nie każdy wie, że inni mają tak samo. Uniwersalność tego kawałka dodaje mu jeszcze mocy i smaczku. Nie ma tu zaowalowanego i eterycznego pierdolenia, jest konkret – zarazem dosadny jak i prawdziwy. Zresztą od wydania debiutu minęło już prawie 10 lat (sic!) a płyt czy nawet piosenek tak dobrze opisujących miłość (i nienawiść) pojawiło się jak na lekarstwo. W zasadzie tylko Muchy na ‚Terroromansie’ i Pustki na ‚Końcu kryzysu’) zbliżyły się do tego poziomu (no może jeszcze TCIOF ale w zawiązku z tym, że ich kawałki są po angielsku, to nigdy nie zabrzmią dla mnie tak dobrze jak te z „żółtej płyty”).

Przez te 10 lat nie udało się też niestety wyedukować szerokiej publicznośći. Nie wiedzieć czemu większość polskich fanów gitarowego grania wciąż hołduje rockistowkiemu etosowi, który zapełnia hale Comie i Kultowi, a nie pozwala wybić się na taką skalę tym bardziej kombinującym zespołom.

Piosenki o miłości